środa, 24 grudnia 2014

Rozdział XXIX

"I tylko przyjdź. Dotknij mnie czule i przytul tak, abym zapomniała o wszystkim."
William Szekspir

Najwyraźniej nie tylko ja jestem zadowolona z przybycia Corlissa. Dzieci przy najbliższej możliwej okazji rzucają mu się na szyję z radością, obdarowując milionem uścisków. Krzyczą, że tęskniły, streszczają historię dzisiejszego dnia. Widząc ich szczęście, mam wrażenie, że tworzymy jedną wielką rodzinę. Już nic nie może nas rozdzielić. Odruchowo chwytam rękę mężczyzny i przyglądam się tej magicznej scenie. Nie obchodzi mnie nawet jego nowa towarzyszka. Czuję się kochana, prawdziwie kochana, wbrew współcześnie przyjętemu modelowi miłości, więc nie zaprzątam sobie głowy różnorakimi odmianami zazdrości. 
Niemal całe południe Gratiam wraz z Deedee opowiadają Corlissowi i obcej kobiecie, Sylvii (jak się później dowiaduję, jednej z członkiń ruchu oporu), wszystko, co zdarzyło się podczas nieobecności mężczyzny. Rzecz jasna, omijają najdrastyczniejsze szczegóły, za co dziękuję im w głębi serca. Wątpię, by ktokolwiek pragnął wracać do włamania czy ciągłej tułaczki w poszukiwaniu dachu nad głową. Zamiast tego maluchy przytaczają niemal każdą zapamiętaną rozmowę, która nie dotyczyłaby śmierci, wojny czy cierpienia. O dziwo podobnych historii przez ostatnie pięć miesięcy nazbierało się nazbyt wiele. W konsekwencji po godzinie przysłuchiwania się wywodom najmłodszych członków gromady pękamy ze śmiechu.
Mimo względnie wesołej atmosfery, wciąż nie mogę zapomnieć o Heather i dzieciakach. Pragnę ufać, że wszyscy są cali i zdrowi, że nowo przejęta klinka wcale nie okazała się zwykłą podpuchą, lecz nie potrafię odpędzić czarnych myśli. Oczyma wyobraźni widzę, jak strażnicy Coppera wpadają do środka budynku, dzięki specjalnym pistoletom zarażają Mortem wszystkich rannych, a następnie wysadzają szpital w powietrze. Podobna świadomość sprawia, że wręcz nie potrafię usiedzieć na miejscu. O bezpieczeństwie moich bliskich muszę przekonać się na własnej oczy. Wszelkie zapewnienia nie sprawią, że uwierzę.
Wraz z nadejściem zmroku udajemy się do łóżek. Nie jestem przyzwyczajona do tak pustej przestrzeni wokoło, co burzy moje poczucie bezpieczeństwa, jednak strach szybko mija dzięki obecności Corlissa. Leżymy blisko siebie, wtuleni w swoje ciała. Przypuszczam, że żadne z nas nie ma ochoty na sen, dlatego odwracam się twarzą do mężczyzny, chcąc porozmawiać z nim w cztery oczy.
– A ty? Co się z tobą działo przez ten czas? – szepczę, by nie zakłócać spokoju innych osób przebywających w pomieszczeniu. – Jak mnie znalazłeś?
– To był zupełny przypadek  – odpowiada z uśmiechem na ustach, delikatnie głaszcząc moje włosy. – Podczas jednej z akcji przywódca kazał nam włamać się do rezydencji bogaczy. Nie mieliśmy wyboru, musieliśmy to zrobić, ale kiedy zaczęła się krwawa jatka, postanowiłem zrezygnować. Sylvia namówiła mnie do opuszczenia domu, a później… strażnicy wdarli się do środka. Uciekliśmy, zdezerterowaliśmy jak tchórze…– wzdycha, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Później postanowiliśmy poszukać dachu nad głową i trafiliśmy tutaj.
– Postąpiłeś słusznie. Gdybyś wrócił do willi tamtego snoba, nikt nie wyszedłby stamtąd wolny – oznajmiam.
– Ale honor…
– Chrzanić honor – prycham. – Przynajmniej nie zostawiłeś mnie samej z tym wszystkim. Dziękuję – mamroczę, po czym opieram głowę na piersi Corlissa i wsłuchuję się w równomierne bicie jego serca.
– A Heather i pozostałe dzieciaki? Co się z nimi dzieje? – pyta, przerywając krótkotrwałą chwilę ciszy.
– Są w klinice przejętej przez buntowników. O ile Copper jeszcze nie wysadził jej w powietrze – dodaję ze smutkiem.
– Bez obaw, Soleil. Rebelianci to nie puści marzyciele. Doskonale wiedzą, co robią. Jeśli zdecydowali się na przeniesienie chorych do tamtego szpitala, z pewnością wcześniej świetnie go zabezpieczyli.
Choć usilnie próbuję doszukać się w oczach Corlissa złudnego pocieszenia, widzę tylko i wyłącznie ogromne przekonanie o słuszności swoich słów, co uspokaja mnie na moment. Mrużę więc powieki, uciekając do krainy sennych marzeń, tym razem wyjątkowo pozbawionych koszmarów.
Przebudzenie nadchodzi jeszcze przed świtem. Nieco rozgniewana, postanawiam kontynuować drzemkę, jednak nie pozwala mi na to mały Gratiam. Chłopiec kładzie rękę na moim ramieniu i mówi tak płaczliwym głosem, że ledwo potrafię go zrozumieć.
– Chcę do mamy… – bełkocze, przecierając mokre policzki.
– Co się stało? – pytam, kładąc nogi na podłodze.
 – Stęskniłem się. Zaprowadzisz mnie do niej, proszę? Miałem zły sen…
Początkowo odbiera mi mowę. Nie mam pojęcia, jak zareagować na niecodzienne zachowanie dziecka, jak z powrotem odebrać to, co stworzył dzięki wyobraźni. Byłabym potworem, gdybym teraz wyrzuciła malca z krainy marzeń, dlatego po prostu milczę, obejmując go ramieniem.
– Boję się – szepcze tamten, nie przestając pochlipywać.
– Niepotrzebnie. – odrzekam z troskliwym uśmiechem na ustach. – Nic złego ci się nie stanie.
– Chciałbym zobaczyć Reilleya, Ruth, Siobhan… – dodaje, zupełnie ignorując moje wcześniejsze słowa.
– Obiecuję, że za niedługo się z nimi spotkasz, w porządku? – mówię. Odrzucam wszelkie zasady racjonalności. Przecież chłopiec zasługuje na spokój w sercu, przynajmniej na kilka krótkich chwil, nawet jeśli ostatecznie zburzy go szara rzeczywistość.
Malec kiwa głową w odpowiedzi, a zaraz po tym, nie pytając o zgodę, kładzie się na łóżku pomiędzy mną a Corlissem. Nie protestuję. Wiem, że potrzebuje czyjejś bliskości, dlatego okrywam go kawałkiem cienkiej tkaniny i pozwalam na kontynuację snu. Mam nadzieję, że tym razem znacznie bezpieczniejszego. Ja również zamykam oczy z zamiarem utonięcia w ramionach Morfeusza. Niestety, tysiące niedokończonych spraw nie pozwalają mi na błogi odpoczynek. Przewracam się z boku na bok, mamroczę coś pod nosem, a ostatecznie budzę Corlissa, nie chcąc spędzić tej nocy tylko i wyłącznie z ogromem destrukcyjnych myśli.
– Muszę dotrzeć do klinki, odwiedzić Heather  i resztę. Zobaczyć, czy wszystko z nimi w porządku  – stwierdzam, gdy tamten spogląda w moim kierunku.
– Nie ma mowy – rozkazuje mężczyzna, przecierając zmęczone oczy.. – Jeżeli chcesz, ja to zrobię. Ty zostaniesz na miejscu. Potrzebujesz odpoczynku.
– Nie uwierzę, jeśli nie zobaczę tego na własne oczy – mówię twardo.
– Skoro tak bardzo ci na tym zależy, nie odbiorę twojej wolnej woli… ale wtedy pójdę z tobą – dodaje. – A teraz już śpij.
– Nie – mamroczę z oburzeniem, po czym staję na zimnej posadzce i ubieram fioletową, przewiewną kurtkę.
– Gdzie ty się wybierasz? – pyta młodzieniec, coraz bardziej zniecierpliwiony.
– Nie będę czekać na dogodną okazję. Jeżeli stało się coś złego, czym prędzej tam dotrę, tym lepiej.
– Jeżeli stało się coś złego, nikomu już nie pomożesz – oznajmia Corliss, podważając moje wcześniejsze słowa.
Podświadomie wiem, że ma rację, jednak, by uspokoić własne sumienie, nie zamierzam rezygnować ze swoich planów. W końcu nienawidzę bierności w działaniu. Nie przebaczyłabym sobie, jeśli zostałabym w ciepłym i bezpiecznym łóżku, podczas gdy moi przyjaciele toczyliby bolesną walkę o przetrwanie.
                Wkładam więc na stopy czarne, zamszowe buty i jestem gotowa do wyjścia. Nie chcę zmuszać mężczyzny do wędrówki, przecież doskonale rozumiem, że potrzebuje snu, dlatego nawet nie fatyguję się, by zmusić go do wstania z posłania. Jednak zanim docieram do wyjścia, słyszę, jak cicho przeklina pod nosem.
                – Poczekaj. Nie zostawię cię samej – mówi, a ja posłusznie wypełniam jego polecenie.
                Nie mija nawet minuta, zanim staje tuż obok.
                – Na wszelki wypadek – dodaje, wciskając mi do ręki scyzoryk i pistolet.
Dziękuję mu pocałunkiem, by zaraz potem zniknąć za drzwiami.
                Na zewnątrz panuje przeraźliwie niska temperatura. Przebywając w ukryciu, nawet nie zdążyłam się zorientować, kiedy minęła jesień i rozpoczęła zima. Każdy kolejny dzień w moim mniemaniu był bardziej monotonny niż poprzedni, a życie przelatywało mi przez palce niczym piasek.
Otulam się kołnierzem kurtki, by nieco rozgrzać zziębnięte policzki, kątem oka spoglądając na Corlissa, który wyciąga dłoń w moją stronę.
– Chodźmy już – komenderuje i rusza w wyznaczonym kierunku.
Idziemy podejrzanie pustymi uliczkami - na odcinku kilkuset metrów nie spotykamy ani jednej gromady strażników. Choć powinnam być zaniepokojona, paradoksalnie czuję się coraz bardziej swobodnie.
– Myślisz, że… że wojna kiedyś się skończy? – pytam, nawet nie starając się mówić przyciszonym głosem.
– Tak. Prędzej czy później albo wszyscy zostaniemy zarażeni, albo jedna ze stron odpuści  – oznajmia, zatrzymując się na chwilę.
– Może to głupie… ale mam już dosyć ciągłego włóczenia się po opuszczonych domach, szukania bezpiecznego miejsca – wzdycham – Chciałabym wreszcie znaleźć mieszkanie na stałe, rozumiesz? Swój mały kącik na ziemi, gdzie byłabym bezpieczna i szczęśliwa. Wiem, że to chore i absurdalne, szczególnie w dzisiejszych czasach... ale chyba posiadanie marzeń nikomu jeszcze nie zaszkodziło, prawda?
– To wcale nie chore i absurdalne, Soleil. Doskonale cię rozumiem – oznajmia, przyciągając mnie do siebie i całując czule. Zapewne gdyby zignorować otaczające nas gruzy budynków, pył i porozrzucane martwe lub uszkodzone ludzkie ciała, wyglądalibyśmy jak dwójka zwyczajnych zakochanych. – Przysięgam, że za jakiś czas, kiedy ustaną walki, zbuduję dla ciebie ogromny dom.
– Nie składaj obietnic bez pokrycia, Corliss, bo jeszcze tego pożałujesz – mówię, choć nie potrafię powstrzymać uśmiechu wykwitającego na moich ustach.
– Oj tam, to przecież bardzo realne. Będziesz miała własny pokój, gdzie spędzisz każdą wolną chwilę, przestronną kuchnię, pokój dla dziecka z różowym lub niebieskim łóżeczkiem, w zależności od tego, czy urodzisz chłopca, czy dziewczynkę, z mnóstwem zabawek… – opowiada, kontynuując wędrówkę, a jego słowa niesamowicie silnie oddziałują na moją wyobraźnię.
Mimo że staram się zignorować wyolbrzymione wywody mężczyzny, nie potrafię ulec wykreowanemu przez niego szczęściu.
– I do tego duża sypialnia, łóżko z baldachimem, balkon, ogromny basen w kształcie delfina… – dodaję, dzieląc się również własnymi marzeniami. – Będziemy szczęśliwi, Corliss. Kiedyś na pewno. Zdążymy przed śmiercią.
– Obiecuję ci to, Soleil McIntosh – mówi, a ja, ni stąd, ni zowąd, wybucham płaczem.
To jedynie puste frazesy, które nic nie znaczą. Oboje doskonale zdajemy sobie sprawę z fatalnego położenia, w jakim się znaleźliśmy. Choć nasze twarze znacznie różnią się od tych umieszczonych na bilbordach, nie jesteśmy bezpieczni. Prędzej pomrzemy niż zarobimy odpowiednią ilość dekantów, by wystarczyło nam na legalny wynajem mieszkania. Niepotrzebnie odkrywaliśmy tonę uśpionych nadziei, dawniej nie przeszkadzających w normalnym funkcjonowaniu, obecnie – wzbudzających głęboką tęsknotę.
Mężczyzna początkowo spogląda na mnie z bezradnością, a następnie otacza ramieniem i przytula do siebie, szepcząc ciche słowa pocieszenia.
 – Przepraszam… nie miałem pojęcia, że moje żarty tak bardzo cię zabolą – dodaje, odgarniając zbłąkany kosmyk włosów z mojej twarzy.
– Po prostu nie chcę, żeby to były tylko żarty – mamroczę pod nosem i proszę w duchu, by nie wypuszczał mnie z objęć.
Młodzieniec, jakby czytając mi w myślach, trwa w niezmiennej pozycji, jedynie od czasu do czasu składając delikatny pocałunek na czubku mojej głowy. Zapewne, gdyby nie niepokojące dźwięki dobiegające z którejś z wąskich uliczek, podobna chwila dłużyłaby się w błogą nieskończoność. Niestety, słysząc wyraźny szelest, odskakujemy od siebie jak oparzeni. Mężczyzna wyjmuje pistolet, a ja idę za jego przykładem. Na szczęście działamy odpowiednio szybko, ponieważ nagle zza rogu wyłania się nieznana mi kobieta. Widzę, jak jej podbródek niekontrolowanie drga, a zapłakane oczy emanują wściekłością. Patrzy to na mnie, to na Corlissa, by ostatecznie krzyknąć:
– Ty sukinsynu!
– Calia – szepcze wyraźnie zaniepokojony mężczyzna, dostrzegając w rękach tamtej specjalną broń służącą do wstrzykiwania śmiercionośnej substancji. Jednym ruchem dłoni zmusza mnie do stanięcia w tyle.
– Kto to? – pytam, lecz nie otrzymuję odpowiedzi.
– Zostawiłeś Gilberta na pewną śmierć! Wolałeś ratować własny tyłek niż pomóc przyjaciołom. Jesteś zwykłym, nic niewartym tchórzem!  – wyje kobieta.
– Calia, odłóż to… wiem, że zachowałem się jak drań i zasługuję na karę… ale ty także wiesz, że nie chcesz mnie zabić, prawda?
Na dźwięk słowa „zabić” momentalnie przylegam do pleców ukochanego. Nie wyobrażam sobie, by nieznajoma mogła wystrzelić, lecz, widząc jej furię, zaczynam obawiać się najgorszego.
– Co ty możesz o mnie wiedzieć?! Kochałam go, rozumiesz?! Do szaleństwa. Planowaliśmy wspólną przyszłość w spokojnych czasach pozbawionych dyktatury Coppera. A teraz… co mi pozostało?! Nie mam już nic do stracenia i to przez ciebie, ty gnoju! Zniszczyłeś mi życie, więc teraz ja zniszczę twoje…
Widzę, jak naciska spust. Jeden moment, krótka chwila, zmieniająca wszystko o trzysta sześćdziesiąt stopni. Igła wbija się w pierś Corlissa, a ampułka, jeszcze niedawno pełna po brzegi, pustoszeje. Rzucam się w kierunku mężczyzny, próbując wyjąć ostrze z jego ciała, lecz reaguję o wiele za późno. Dostrzegam przerażenie w tych szarych oczach, które niegdyś patrzyły na mnie z troską i miłością. Teraz stopniowo gasną, z trudem radząc sobie z wszechobecnym strachem. Jest zbyt wcześnie, byśmy oboje zdali sobie sprawę z powagi sytuacji.
– Co się stało? – szepczę, próbując zrozumieć, że moje kruche szczęście właśnie znika bezpowrotnie. Oglądam jego śmierć i nie mam sił, by powstrzymać ten destrukcyjny proces.
– Nie wiem – odpowiada młodzieniec, przytulając mnie resztkami energii.
– Nie zostawiaj mnie teraz, błagam. Bądź tu. Potrzebuję cię, słyszysz? Corliss…
– Jestem, Soleil. Nigdzie się nie wybieram – mówi, lecz jego słowa stopniowo zamieniają się w niewyraźny bełkot. Nie mam pojęcia, co się dzieje. By Mortem rozprzestrzeniło się po całym organizmie, potrzeba kilku godzin. Tym razem objawy występują niespodziewanie szybko.
Mężczyzna wysuwa się z moich rąk i z hukiem upada na ziemię. Jego otumaniony wzrok błądzi po całym otoczeniu, nie zatrzymując się ani na sekundę.
– Corliss? – wymawiam imię ukochanego niemal z nabożną czcią, klękając obok jego od czasu do czasu drgającego niekontrolowanie ciała. – Słyszysz mnie, skarbie? Błagam… odezwij się… – wołam, nie zważając na zachowanie podstawowych zasad bezpieczeństwa. – To ja, twoja Soleil. Spójrz na mnie, nie bój się, kochanie – mówię coraz bardziej rozpaczliwie, ujmując jego twarz w dłonie i całując troskliwie z nadzieją, że tamten wreszcie odzyska świadomość, zupełnie tak jak w głupawych bajkach dla dzieci. Jednak nie dzieje się nic, co zyskałoby miano cudu. – Obiecałeś mi, nie pamiętasz? Miałeś przy mnie być! Mieliśmy być szczęśliwi, gdy skończy się wojna! Dlaczego mi to robisz?! Potrzebuję cię… bądź przy mnie, błagam. Kocham cię, Corliss. Nauczyłeś mnie, jak kochać, a teraz tak po prostu zamierzasz odejść?! Przytul mnie, dotknij, odezwij się! – wyję, by zaraz po tym podnieść jego rękę i przyłożyć do swojego policzka. – Widzisz? To nie takie trudne. Wystarczy odrobina energii. Przecież jeszcze niedawno potrafiłeś unieść mnie wysoko do góry. Jeszcze niedawno… – mamroczę, dopóki nie zdaję sobie sprawy z absurdalności własnych słów. A wtedy, zupełnie bezradna, pozwalam, by dłoń mężczyzny gwałtownie opadła na ziemię.
Nie mogę powstrzymać płaczu. Mam wrażenie, że pewna niespotykana siła ściska mnie za gardło, dlatego każde słowo, które wypowiadam, jest źródłem dodatkowego bólu. Jednak muszę mówić. Powtarzam puste zdania, wierząc w głębi duszy, że jedno z nich okaże się być tym kluczowym, budzącym mężczyznę do życia. Z trudem biorę w ramiona jego ciało i zaczynam nim kołysać, jakbym sama chciała zapaść w wieczny sen.  Lecz to nie śmierć go ogarnęła. To stan niemożności kontrolowania swojego umysłu, stan agonii, stan paraliżu. Corliss, jakiego kocham, został uwięziony w labiryncie miliona komórek nerwowych niezdolnych do normalnego funkcjonowania. Jego duch umarł, ale nie ciało. Świadomość, że trzymam w dłoniach zwykłą lalkę napawa mnie więc dodatkowym strachem. Niestety nie mam odwagi się wycofać. Pragnę zatrzymać przy sobie cząstkę dawnego życia, nawet jeśli tak naprawdę byłaby ona tylko iluzją.
– Nareszcie wiesz, jak się czuje – oznajmia Calia, podchodząc nieco bliżej. W jej oczach nie dostrzegam ani grama współczucia, tylko i wyłącznie zimną determinacją. – Zasłużył na to – dodaje spełnionym głosem.
Nie wytrzymuję napięcia. Drgam nerwowo, a później po prostu rzucam się na kobietę z pięściami.
– Co mu zrobiłaś?! – wrzeszczę, przyszpilając ją do ściany jednego z budynków.
Jeszcze nigdy nie miałam tak wielkiej ochoty na skrzywdzenie drugiego człowieka jak teraz. Gdybym potrafiła, z chęcią wydrapałabym jej oczy.
– To samo, co on zrobił Gilbertowi. Skazałam go na rychłą śmierć – odpowiada tamta.
Nie mogę się opanować. Mimowolnie gromadzę w sobie ogrom wściekłości, by następnie przelać ją na Calię. Niczym dzikie zwierzę, uderzam nieznajomą w twarz. Kolejne ciosy przychodzą mi już z nieco większą swobodą. Choć kobieta próbuje się wyrywać, krzyczy, bym przestała, rządzi mną zwykłe pragnienie zemsty. Dopiero, kiedy tamta zastyga w bezruchu, a ja czuję pod palcami jej krew, wracam do bycia człowiekiem.
Kładę głowę na piersi mężczyzny, ranionej przez śmiercionośną igłę, zupełnie nie zważając na wszechobecny mróz. Nie mam sił, by powstać, by wykonać pojedynczy ruch. Tępym wzrokiem wpatruję się w ciało Corlissa. Widzę, jak jego ręka nierównomiernie podnosi się do góry, a następnie opada bez żadnego konkretnego celu. Naiwna, zamykam oczy z nadzieją, że  to jedynie zły sen, że lada chwila znów obudzę się szczęśliwa, obok mojego ukochanego. Będziemy dalej snuli nierealne plany na przyszłość. A gdy wojna wreszcie dobiegnie końca, oboje znajdziemy swoje miejsce na ziemi. Tam, gdzie nie dotknie nas żaden ból, żadna choroba. 

***
Jak widzicie, smutaśny rozdział, ale generalnie jestem z niego dość zadowolona.
Z racji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia - to już jutro! I dzisiejszej Wigilii, chciałabym złożyć wam najserdeczniejsze życzenia - dużo szczęścia w nowym roku, odpoczynku, spełnienia najskrytszych marzeń, realizowania swoich pasji, weny, weny i jeszcze raz weny, powodzenia w szkołach, na uczelni czy w pracy oraz szampańskiego sylwestra! :))  
P.S. Jak zapewne się domyślacie, powoli będziemy żegnali się z Sol i Corlissem - już za jakiś czas zapraszam was na ostatni rozdział opowiadania, a następnie na epilog! :)