niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział XX



„Są ludzie, którym szczęście mignie tylko na moment, na moment tylko się ukaże po to tylko, by uczynić życie tym smutniejsze i okrutniejsze.”
Stanisław Dygat

CORLISS
                A przecież miało być tak pięknie. Wierzyłem, że wraz z wyciągnięciem Soleil z więzienia skończą się wszystkie problemy, że oboje będziemy szczęśliwi. Nie przewidywałem wystąpienia jakichkolwiek komplikacji. Niestety, rzeczywistość znacznie odbiega od moich wyobrażeń. Ciągłe zmęczenie, zmienianie opatrunków, karmienie jej, cierpliwe znoszenie nieustających krzyków i majaków w dzień i w nocy. Czuję, że powoli zaczynam ją tracić, jakby dawna Sol została zamknięta gdzieś w kobiecie, na którą przyszło mi codziennie patrzeć. Może i jestem egoistą, jednak nie potrafię powstrzymać niepohamowanej ulgi, gdy mam chwilę czasu na odpoczynek.
                Siedzę w jadalni, delektując się ryżem ugotowanym przez Righlę, jednocześnie słuchając beztroskich rozmów dzieci.
                – Dlaczego Reilly dostał większą porcję niż ja? – pyta wyraźnie zirytowany Golvan, po czym bez zbędnych ceregieli zamienia swój talerz z talerzem brata.
                – Ej! – krzyczy chłopiec będący ofiarą żartu, na daremno próbując odzyskać własne naczynie. – Cholernie mnie to nie śmieszy.
                – Uspokójcie się – upominam ich. – Nie jestem dziś głodny, mogę się z tobą podzielić – mówię do Reilley’ego, jednocześnie podając mu swoją porcję ryżu.
                Dalszy ciąg obiadu upływa we względnej ciszy. Do moich uszu dociera jedynie brzęk sztućców przerywany przez pojedyncze pomruki i mlaśnięcia. Ostatecznie przychodzi pora na zmywanie. Całe szczęście udaje mi się wymigać od tego obowiązku. Najstarszy potomek Righli w ramach podziękowania za zaspokojenie jego potrzeb żywieniowych postanawia przejąć moją rolę. Ja tymczasem zyskuję chwilę „wytchnienia” – mogę przynajmniej obejrzeć „pokaz mody” zorganizowany przez Siobhan i Telę.
                – Obie wyglądacie jak księżniczki – komentuję, gdy młodsza z dziewczynek próbuje przejść przez pokój w za dużych butach własnej matki. 
                – Teraz pora na ciebie, Corliss – mówią obie jednocześnie, by już po chwili wyciągnąć mnie na środek pomieszczenia.
                W towarzystwie dzieci czuję dziwną beztroskę. Poniekąd uważam się za ich przybranego ojca. Zapominam o problemach i skupiam na zapewnieniu pociechom dobrej zabawy. Biegam  wokoło i pozwalam, by te dwie małe istotki wpinały spinki w moje włosy. Wbrew własnej woli zaczynam myśleć o swoim życiu bez Soleil. Jeśli uwierzyłbym w śmierć kobiety, ból związany z jej stratą minąłby po pewnym czasie. A wtedy mógłbym nauczyć się życia w samotności, ustatkować i znaleźć własne miejsce na ziemi.
                Nie! Nie potrafię. Przecież nie zamieniłbym teraźniejszości za żadne skarby świata.
                Kiedy Tela i Siobhan kończą zabawę w fryzjera, Righla i Reilley wkładają do szafki ostatnie talerze.
                - Mam do ciebie prośbę – zwracam się do kobiety, wstając z dywany. – Zabierz mnie na spotkanie ruchu oporu.               
                – Śmieszny jesteś – odpowiada ironicznie,
                 – Przecież jeśli się ukryję, nikt mnie nie zauważy.
                – Nie.
                – Błagam! Po prostu nie zniosę dłużej dyktatury Coppera. Widziałem na własne oczy, do czego jest zdolny. Czuję się zobowiązany do obalenia jego rządów, bez względu na konsekwencje – mówię twardo.
Moje serce zostaje wypełniony żądzą zemsty. Pragnę, by Ulysses cierpiał tak bardzo, jak cierpią wszyscy więźniowie razem wzięci. Będę z radością patrzył na jego ból, nawet jeśli to nie przyczyni się do poprawy stanu zdrowia Soleil. Ucieszę się na dźwięk krzyków i jęków, nieustannych błagań stulatka.
                – Już przegraliśmy – oznajmia Righla ze smutnym uśmiechem na twarzy. – Dziś odbędzie się ostatnie zebranie. Zabierzemy materiały i rozejdziemy się w swoje strony. Nie ma sensu dalej walczyć. Chyba każdy z nas wreszcie zrozumiał, że akcje przynosiły więcej szkód niż korzyści. Wszyscy pragniemy spędzić czas z bliskimi. Poza tym nie warto denerwować Coppera. Kto wie, na co wpadnie, jeśli zobaczy, że znów działamy przeciwko niemu.
                – Jak to… chcemy się poddać?! – pytam z niedowierzaniem. – Po tylu latach?! Bez sensu. Chore. Jesteście tchórzami! – krzyczę, krzątając się po całym pokoju.
                - Corliss, ja mam szóstkę dzieci! Został mi tydzień życia. Nie zmarnuję go.
                Czuję się tak, jakby kobieta zniszczyła całą moją nadzieję. Zabiła ją i okrutnie podeptała. Wszystko, co sprawiało, że wierzyłem w lepsze jutro, legło w gruzach. W głębi serca pragnę zacząć ją szarpać, błagać, by wypluła te słowa. Przecież jeszcze musi być jakaś szansa. W końcu po każdej burzy wschodzi słońce. Zło musi się skończyć prędzej czy później, prawda?
                – Nie… muszę tam dziś jechać. Może jeszcze uda mi się ich przekonać. Zaufaj mi, Righlo. Wiem, co robię. Zaczekaj tylko, mam świetny pomysł na kamuflaż – mówię z desperacją w głosie, by już po chwili zniknąć za drzwiami łazienki.
                Wyjmuję z szuflady nożyczki i zaczynam przecinać nimi kosmyki swoich włosów. Patrzę, jak czarne pukle opadają na podłogę. Kątem oka spoglądam w lustro. Mimo że to absurdalne, zdążyłem przywiązać się do swojego wyglądu. Teraz przynajmniej nieco bardziej przypominam Soleil. Kto wie, może ta zmiana nieco ją pocieszy. Wzdycham ciężko, ignorując krzyki Righli. Następnie biorę do ręki maszynkę do golenia. Kobieta, słysząc głośny brzęk, z impetem wbiega do pomieszczenia.
                – O mój Boże! – szepcze zszokowana.
                – Nie, to tylko Corliss – żartuję, choć tak naprawdę wcale nie jest mi do śmiechu.
                – Co ty robisz?!
                – Golę się – odpowiadam z ironią.
                – To akurat zdążyłam zauważyć. Ale dlaczego?
                Zamiast kontynuować konwersację, odwracam się w jej stronę. Teraz jestem już całkowicie łysy.
                – Zmieniłem się nie do poznania, prawda?
                Righla kiwa głową w odpowiedzi.
                – To kamuflaż. Opowiadałem ci o nim. Dzięki temu nie musisz się już bać, że zostaniemy złapani – mówię entuzjastycznie niczym pięciolatek, który właśnie dostał dużego lizaka.
Sam nie wiem, dlaczego nagle naszła mnie ochota na żarty. Chyba naprawdę zaczynam wariować lub też próbuję zamaskować wcześniejszą wściekłość. Miotam się od skrajności w skrajność. Najwyraźniej w chwili obecnej zapomnienie wydaje się najbardziej racjonalnym rozwiązaniem.
                Na szczęście Righla nie znajduje już odpowiednich argumentów przeciwko mojej propozycji wyjazdu na zebranie rebeliantów, dlatego piętnaście minut później leżę w bagażniku samochody, opatulony czarną bluzą z kapturem.
                Podróż nie trwa długo, obywa się bez zbędnych postojów. Kiedy wychodzę z pojazdu, moim oczom ukazuje się ulica. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie rząd strażników maszerujących tam i z powrotem od czasu do czasu proszących poszczególnych przechodniów o pokazanie dokumentów.
                – Wejdź do środka – prosi kobieta, a ja udaję głuchego na jej błagania.
                Niczym zahipnotyzowany wpatruję się w pracowników Coppera. Nie zważam nawet na niebezpieczeństwo płynące z tak nieodpowiedzialnego zachowania. Nagle jeden z ochroniarzy, dobrze zbudowany brunet, zaczepia młodą dziewczynę. Blondynka najwyraźniej nie jest w stanie spełnić polecenia mężczyzny. Zaczyna się szarpanina. Nastolatka próbuje uciekać, jednak młodzieniec sprawia wrażenie silniejszego. Gdy udaje mu się przygwoździć ją do ściany, wyjmuje z bagnetu pistolet i strzela w tył głowy swojej ofiary. Głośny huk sprawia, że cały świat na chwilę zamiera. Z osłupieniem wpatruję się w rozległą kałużę krwi rozlaną wokół ciała nieznajomej.
                Righla mówiła prawdę. Najwyraźniej już przegraliśmy. Nie mamy szans w starciu z potężną i wyszkoloną armią Coppera. Możemy jedynie walczyć dla samej idei walki, by nie wyjść na tchórzy. Możemy zostać uznanymi za bohaterów, lecz czy warto poświęcać wszystko dla samej reputacji?
                Po kilku sekundach odzyskuję zdolność racjonalnego myślenia. Czym prędzej popycham moją współlokatorkę w stronę drzwi. Gdy wchodzę do środka, moje poczucie bezpieczeństwa znika bezpowrotnie. W końcu w każdej chwili mogę zostać pochwycony przez umięśnionego sadystę.
                – On do niej… tak po prostu.. nie wierzę – szepcze Righla, dysząc wściekle, jakby właśnie przebiegła maraton,
                – Wstawaj, idziemy. – Na daremno próbuję ciągnąć ją za sobą.
                –Jeszcze tydzień… cholerny tydzień…. chcę go przeżyć razem z rodziną, a potem… moje dzieci są zbyt niewinne… ich oczy nie powinny oglądać wojny…
                – I nie będą jej oglądać – mówię, zmuszając kobietę, by na mnie spojrzała. – Rozumiem cię. Tego samego pragnę dla Soleil. Zarówno jej, jak i twoim dzieciom nie stanie się krzywda.
                – Nie masz pewności. Rozwścieczyłeś Ulyssesa – moja współlokatorka kontynuuje, podczas gdy w jej oczach dostrzegam łzy przerażenia.
                – Copper to tylko marudny, stary dziad, któremu wydaje się, że może rządzić całym światem. Jesteśmy znacznie sprytniejsi niż on – mówię, choć tak naprawdę nie wierzę własnym słowom.
Righlę jednak zadowala podobne pocieszenie, ponieważ teraz posłusznie zaczyna iść we właściwym kierunku.
                 – Najlepiej będzie, jeśli to spalimy – oznajmia znajomy głos należący do jednego z członków ruchu oporu, Rice’a.
                To znak, że zbliżamy się do celu. Po krótkiej wędrówce wreszcie docieramy do ciemnego i zimnego pomieszczenia w surowym stanie.
                –Dzień dobry! – witam z dużą dozą entuzjazmu wszystkich przebywających w pokoju.
                 Cieszę się na widok ludzi, którzy, tak samo jak ja, płyną pod prąd. Niestety na ich twarz dostrzegam wyłącznie odrazę. Próbuję więc rozładować napiętą atmosferę, siadając obok przywódcy buntowników.
                – Co on tu robi? – pyta mężczyzna, zwracając się do Righli. – Prosiłem cię, żebyś trzymała tego gnoja z dala od całej sprawy!
                – Spokojnie, spokojnie! Niby co takiego ci zrobiłem?! – mówię, zupełnie zdezorientowany.
                –Co mi zrobiłeś? Pytasz, co mi zrobiłeś?! – Szef gwałtownie wstaje z miejsca.
                By zyskać odrobinę przewagi, wykonuję ten sam ruch.
                – Zniszczyłeś wszystko, na co pracowałem przez osiem lat swojego życia! Ty i twoje głupie pomysły. Wielki bohater ratujący swoją ukochaną, przy okazji skazujący na cierpienie jedną trzecią świata! – mężczyzna warczy ze wściekłością.
                – A wydaje ci się, że twój pieprzony ruch oporu cokolwiek zmienił? Że Copper się nim przejął?!
                – Skoro uważasz, że jest taki beznadziejny, to dlaczego do niego wstąpiłeś?
                –Bo byłem zaślepiony żądzą zemsty i wolności. Całe szczęście szybko zrozumiałem, że to bez sensu. – Moje słowa nie są do końca prawdziwe, jednak pragnę za wszelką cenę odegrać się na mężczyźnie.
                –W takim razie spadaj stąd i nie pokazuj mi się więcej na oczy! Czym prędzej, bo nie chcę skrzywdzić małego chłopczyka, jakim jesteś. Na przyszłość życzę ci szybkiej i bezbolesnej śmierci, ponieważ będzie to najlitościwszy gest ze strony Coppera, na jaki będzie go stać, gdy już cię znajdzie. A to stanie się prędzej czy później.
                Nie wytrzymuję Po prostu rzucam się na przywódcę z pięściami, biję bez opamiętania. Mężczyzna próbuje się bronić z dobrym dla niego skutkiem. Kiedy uderza mnie w szczękę, jęczę z bólu. Ktoś stara się nas rozdzielić na daremno. Rozładowujemy tylko swoje nerwy, wolno godząc się z umierającym światem. Oboje wiemy, że teraz będzie tylko gorzej. I to poniekąd z mojej winy. Pragnąłem jedynie walczyć o kogoś, kogo kocham. Czy to musiało kosztować aż tak wiele?
                Szarpanina zostaje przerwana, gdy opadamy z sił. Siedzimy w przeciwległych kątach pomieszczenia, próbując złapać oddech. Pozostali uczestnicy zebrania patrzą na nas z politowaniem. Najwyraźniej po raz pierwszy widzieli, jak ich przełożony stracił panowanie nad sobą. Są zaskoczeni, lecz nie powinni się dziwić. Każdy, nawet najodważniejszy i najmężniejszy człowiek prędzej czy później okazuje swoje prawdziwe, zwierzęce oblicze.
                – Bierzemy się do roboty – mówi mężczyzna, niezgrabnie wstając z podłogi. Wierzchem dłoni ociera krew ściekającą z jego nosa. Za wszelką cenę próbuje jakoś wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji.
                Rebelianci na dźwięk komendy gwałtownie się opamiętują. Znów wszystko jest takie, jak przedtem, jakby poprzednie wydarzenia nigdy nie miały miejsca. Członkowie organizacji podnoszą się z miejsc, zabierają ze sobą różne projekty akcji zaplanowanych na kolejne tygodnie. Akcji, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Następnie wrzucają kartki do nagrzanego pieca. Płomienie pochłaniają papier, bezpowrotnie unicestwiając zapisane na nim słowa. Koniec końców i tak nie mieliśmy szans.
                –A co zrobimy z bronią? – pyta Heather White, jedna z nielicznych buntowniczek. Jest brunetką z zadartym nosem i bladą cerą, obecnie w siódmym miesiącu ciąży. Nie rozumiem, dlaczego, zamiast siedzieć w domu i wypoczywać, uczestniczy we spotkaniach. Może ona również pragnie walczyć o złudną nadzieję i godziwe życie, co staje się ważniejsze niż zdrowie jej dziecka?
                – Zakopiemy ją lub zostawimy na miejscu – oznajmia przywódca.
                – Nie możemy zorganizować jeszcze jednej, ostatniej akcji? – proponuje ktoś z końca sali.
                – To zbyt niebezpieczne. Po tym, co zrobił Corliss, nie powinniśmy kontynuować naszej działalności. – Słyszę odpowiedź.
                Mężczyzna najwyraźniej stara się wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia. By uniknąć ponownego wybuchu negatywnych emocji, gwałtownie wstaję i wychodzę z pokoju. Zaczynam iść w kierunku prowizorycznej łazienki. Na miejscu próbuję ochłonąć, wyrzucić z umysłu irytujący głos szefa rebeliantów. Niestety ku mojemu niezadowoleniu muszę przyznać mu rację. Zadarłem z niewłaściwą osobą. Wkrótce zostanę złapany, zamknięty w więzieniu i poddany brutalnym torturom. Będą mnie bili, dopóki nie stracę przytomności, dopóki moja krew nie ubrudzi każdej ze ścian celi. Lub, co gorsza, zostanę zmuszony do oglądania cierpienia Soleil. Usłyszę jej jęk, krzyk oraz płacz. Znienawidzę siebie za własną bezradność. Koniec nadchodzi. Boję się go znacznie bardziej niż śmierci. Przestaję zgrywać odważniaka. W chwili obecnej najchętniej uciekłbym na drugi kraniec świata. Podświadomie czuję, że w pogoni za bezpieczeństwem mógłbym nawet zostawić Sol. Instynkt przetrwania powoli przejmuje całkowitą kontrolę nad moim ciałem i umysłem.
                Wzdycham ciężko, opierając dłonie na zakurzonej, nie spełniającej swojej pierwotnej funkcji umywalce. Powinienem pożegnać się ze wszystkimi, na których mi zależy, zapewnić dzieciom właściwą opiekę i zorganizować Righli godziwy pogrzeb. Później życie będzie toczyło się dalej, tyle tylko, że bez mojego udziału. W końcu zmarnowałem już swoją ostatnią szansę.
                Pogrążony w rozmyślaniach, nie zauważam, jak do pomieszczenia wchodzi moja współlokatorka.
                –Oboje przegięliście – mówi dumnie.
                – Wiem. Po prostu nie mogłem się pohamować. To zbyt wiele jak na jeden dzień – oznajmiam, uśmiechając się przy tym smutno. – Wracajmy do domu. Muszę chwilę odpocząć.
                – Dobry pomysł. Ostatnio mam wrażenie, że czas znacznie przyspieszył – stwierdza. –Ale najpierw zrób coś ze sobą. Jesteś ubrudzony krwią. Siadaj i zamknij oczy – komenderuje, by zaraz potem wyjąć z torby butelkę wody i chusteczki.
                Posłusznie wykonuję jej polecenie. Kobieta już po chwili zaczyna delikatnie przemywać moją twarz. Jej łagodne ruchy sprawiają, że nawet nie odczuwam bólu.
                – Byłaś dobrą matką – mówię zupełnie nieprzemyślanie. Mija kilka sekund, gdy zdaję sobie sprawę z własnej głupoty. – To znaczy… jesteś – poprawiam się. Całe szczęście Righla nie wygląda na urażoną.
                – Dziękuję – mruczy pod nosem. – Szkoda, że nie mogę pełnić tej funkcji nieco dłużej.
                Nie potrafię znaleźć odpowiednich słów pocieszenia, dlatego po prostu milczę. Kiedy moja współlokatorka kończy, wstaję i kieruję się ku wyjściu.
                W drodze do domu Righla przekracza wszystkie ograniczenia prędkości. Choć próbuję znaleźć wygodną pozycję, co chwilę odbijam się od ścian bagażnika. Kiedy wreszcie mogę wysiąść z pojazdu, czuję ogromną ulgę.
                – Radzę ci pójść na kurs prowadzenia samochodu, jeśli chcesz, by pasażerowie jadący z tobą byli bezpieczni – żartuję i, nie czekając na odpowiedź, znikam za drzwiami wejściowymi. Gdy docieram do sypialni, moim oczom ukazuje się sylwetka Soleil. Kobieta leży na materacu, szczelnie okryta kocem. Obok niej siedzi Tela, a na kolanach dziewczynki spoczywa zeszyt z twardą okładką.
                – Co rysujesz? – zagajam, spoglądając jej przez ramię.
                – Cii! – uspokaja mnie, przykładając palec do ust. – Śpi. – Wskazuje drugą ręką na Sol.
                – Dobrze – szepczę, choć wiem, że kobieta jedynie trwa w niezmiennej pozycji. Jeśli byłaby pogrążona we śnie, z pewnością rzucałaby się na wszystkie strony, bełkotała i szamotała. – Chyba powinnaś już wrócić do swojego pokoju. Jest późno – proponuję.
                Mała bez zbędnych ceregieli wstaje z miejsca. Tradycyjnie całuje mnie w policzek i gładzi Soleil po głowie, mówiąc przy tym „Jeśli będziesz miała siły, pobawimy się jutro, dobrze?”. Oczywiście nie słyszy odpowiedzi.
                 – Na pewno wciąż drzemie – pocieszam córkę Righli, przerywając głuchą ciszę. – Dobranoc, pchły na noc – dodaję.
                Kiedy dziewczynka dochodzi do drzwi, kładę się na materacu. Dziecko jednak nie pozwala mi ani na chwilę odpoczynku. Zatrzymuje się w pół kroku i odwraca w moją stronę.
                – Nie pomyliłeś się przypadkiem? Jesteś pewien, że to Sol? – pyta, a ja dostrzegam strach w jej drobnych oczach.
                –Idź już – zbywam Telę. Przecież nie chcę okłamywać kogoś tak niewinnego.
                Gdy w pomieszczeniu nie ma już nikogo poza mną i kobietą, pozwalam sobie na odrobinę swobody. Ziewam przeciągle i rozprostowuję kości, po czym na chwilę przykładam głowę do poduszki. Przygniatające zmęczenie sprawia, że nie mija kilka sekund, a ja leżę z zamkniętymi oczyma, pogrążony w błogim półśnie. Odzyskuję kontakt z rzeczywistością dopiero, gdy ktoś zaczyna głaskać mnie po łysej głowie zimnymi dłońmi.
                – Jak się czujesz? – pytam, siadając gwałtownie. Tęsknię za obecnością prawdziwej Soleil, dlatego pragnę cieszyć się każdym spędzonym z nią momentem. Niestety, tym razem znów zamiast odpowiedzi słyszę ciszę. Czasem jestem tak sfrustrowany, że nachodzi mnie ochota, by ją uderzyć. Może wtedy by się opamiętała.
                – Widzisz, teraz wyglądam prawie jak twój brat bliźniak – żartuję z nadzieją, że podobna uwaga wzbudzi w kobiecie jakiekolwiek emocje, choćby negatywne.
                Niespodziewanie widzę, jak jej twarz wykrzywia się w bladym uśmiechu. Nie wiem jednak, czy to nie przypadkiem zwykły skurcz mięśni. W końcu nie mogę być niczego pewien.
                – Porozmawiaj ze mną – proszę, ujmując jej dłoń. Na spełnienie tej prośby czekam kolejne kilka minut.
                – Boję się – mówi cicho po dłuższym namyśle, zaskoczona, jakby zapomniała brzmienia własnego głosu. – Dzisiaj przy mnie był. Znów mnie skrzywdził. Krzyczałam i cię wołałam, ale nie przyszedłeś. Czułam wstyd. Wstyd i ból. A później nagle rozpłynął się w powietrzu… zniknął.
                – Kto taki? – pytam. Sam nie wiem, czy powinienem się cieszyć, czy raczej płakać. Przemówiła, a jednocześnie opowiedziała mi jedną ze swoich przerażających historii. Byłem tchórzem. Tylko cudem powstrzymałem się od wybiegnięcia z pomieszczenia lub zatkania uszu.
                – Ulysses Copper… tak jak wtedy, w gabinecie.
                – Co ci zrobił? – wypytuję. Muszę poznać prawdę. Muszę znaleźć kolejną motywację do zabicia tego bydlaka.
                –On… nie wiem… nie chcę pamiętać.
                – Możesz mi zaufać. Nikomu o tym nie powiem – nalegam, czego już po chwili zaczynam żałować.
                Soleil traci panowanie nad sobą, trzęsie się w dziwnym transie. Próbuję ją uspokoić, na daremno. Kobieta z ogromną siłą uderza pięścią w ścianę, a zaraz później zaczyna drapać się wewnętrznej części przedramienia. Z czasem widzę, jak na opuszkach jej palców pojawiają się krwawe ślady.
                –Zabij mnie, zabij, błagam, zabij… tylko wtedy będę bezpieczna – wrzeszczy bez opamiętania.
                Wiem, że ma rację. Śmierć w naszej sytuacji jest jedynym wybawieniem. I, choć chciałbym zapewnić szczęście mojej ukochanej, nie byłbym w stanie podać jej Mortem, nie byłbym w stanie znieść dalszego życia bez niej.
                – Pobił mnie. Jeszcze nigdy nie czułam takiego bólu… a później… kilkakrotnie rzucał moim ciałem o ścianę, aż straciłam przytomność... później, gdy nieco się opamiętałam, robił to samo.
               Upada na ziemię, zaczynając wyć niczym dzikie zwierzę. Najprawdopodobniej stara się zagłuszyć ten przerażający ogrom cierpienia.
                Nie mam pojęcia, co robić, jak się zachować, co mówić. Nie wierzę, że ten bydlak śmiał tknąć mojej Soleil. Niewyżyty gnój! Bezczelnie skatował kogoś tak kruchego, kogoś, kto jest mi najbliższy na świecie.
                –Już dobrze, skarbie. Wszystko będzie dobrze. Zapomnij. To, co wydarzyło się dzisiaj, nie było prawdziwe. Nie wierz w to, co ci mówiono w więzieniu. Bardzo cię kocham – szepczę do ucha kobiety, za wszelką cenę powstrzymując łzy wściekłości. Jedną ręką gładzę ją po plecach. Kiedy Soleil się wzdryga, natychmiast cofam dłoń, by chwilę później spróbować ponownie.
                – Ja też chciałabym cię kochać, Corliss – mówi w przerwie między kolejnymi głębokimi wdechami. – Ale już nie potrafię.
                Kobieta kładzie głowę na moim ramieniu. Wciąż ostrożnie, z dużym dystansem. Trwamy w podobnym objęciu jeszcze przez dłuższy czas niczym dwie magicznie złączone połówki jabłka. Na nowo próbuję oswoić ją z moim dotykiem, czułym i delikatnym, nie krzywdzącym, lecz kojącym ból.Wdycham zapach jej skóry. Przecież wiem, że być może już nigdy nie będę miał okazji trzymać jej w swoich ramionach.
***
Szczerze, jestem średnio zadowolona z tego rozdziału. Choć może nie do końca z własnego stylu, lecz z treści opowiadania. Po prostu wydaje mi się, że to wszystko staje się zbyt naciągane i patetyczne. Fakt faktem, obiecałam sobie, że doprowadzę tę historię do końca, zostało mi tylko jakieś dziesięć rozdziałów, jednak nie wiem, z jakim skutkiem. Pożyjemy, zobaczymy. Proszę was wszystkich o szczere opinie. Nie obrażę się, a raczej podziękuję za wszelką krytykę – dzięki niej będę mogła co nieco pozmieniać. I dziękuję Wiktorii za dodanie rozdziału, podczas gdy mój Internet rozpoczął epizod wariowania.
EDIT: 09.08.2014