"Ciągle mamy nadzieję - i we wszystkich sprawach lepiej mieć nadzieję niż ją stracić."
Johann Wolfgang Goethe
Gubię się w monotonii dni.
Większość czasu spędzam w ciemnej piwnicy, bezsilna wobec tęsknoty i ciągle nawracającego strachu.
Czasem mam wrażenie, że umieram. Mało – po raz kolejny o tym marzę. Marzę o
wiecznym spokoju i odpoczynku, bo bez obecności Corlissa nic mnie już tutaj nie trzyma. Choć wciąż wierzę w jego
powrót, od naszej ostatniej rozmowy minęły trzy tygodnie. W mojej pamięci
zaciera się dźwięk głosu mężczyzny, radosny uśmiech czy głębokie spojrzenie
szarych oczu. Drobne gesty odchodzą w zastraszającym tempie. Mimo że
nieustannie próbuję trzymać się ich jak ostatniej deski ratunku, tonę. Czuję
pochłaniającą mnie głębię oceanu. Duszę się własnym życiem. Niech ktoś wreszcie
pozwoli mi odetchnąć...
Mój umysł znów rozpoczął
drastyczną grę. To ja jestem jej ofiarą. Nie potrafię się oprzeć tak
realistycznym myślom, wizjom powracających wydarzeń z przeszłości. Ulegam im
niczym bezbronna myszka, śmiertelnie przerażona, gdy w kącie pokoju, w
ciemności, dostrzegam wyraźnie zarysowaną sylwetkę więziennego strażnika.
Dokładnie widzę każdy szczegół jego munduru. Paraliżujący strach sprawia, że
nie mogę się ruszyć, przytwierdzona do podłoża jak kamienna rzeźba. Nawet
ciągłe powtarzanie „to nie dzieje się naprawdę” nie pomaga. Wciąż żyję w innym,
niezgrabnie wymieszanym z teraźniejszością, wymiarze.
Przez ostatnie tygodnie również
mój organizm ulega pewnym bardzo niepokojącym zmianom. Początkowo starałam się
je ignorować, na próżno. Niektóre symptomy są naprawdę jednoznaczne. I choć tak
bardzo nie chcę w to wierzyć, najprawdopodobniej wewnątrz mojego ciała rozwija
się nowy człowiek. A przecież przysięgłam, że nie dopuszczę do podobnego obrotu
spraw! W końcu paradoksalnie wiem, że najgorszą rzeczą, jaką mogę zrobić
własnemu dziecku, jest wydanie go na świat. Uniknięcie tego skutecznie mi się
udawało, do czasu. Dawniej potrafiłam odciąć się od uczuć, lecz po pobycie w
więzieniu straciłam nad nimi całkowitą kontrolę. Rozerwano moją duszę na
strzępy i pozostawiono w niedopasowanych kawałkach niczym niemożliwe do
ułożenia puzzle.
Siedzę w mojej prowizorycznej
sypialni, tak pustej bez Corlissa, miarowo uderzając plecami o zimną ścianę. W
rytmie cichych huków odnajduję bezpieczeństwo, we własnym szaleństwie – rutynę.
Mam ochotę płakać, jednak wewnętrzna pustka nie pozwala mi na smutek. Jest
czymś znacznie gorszym, bardziej zniewalającym, bezczelnie zżerającym całą
energię do życia. Nie potrafię skupić chaotycznych myśli nawiedzających mój
umysł. Uspokajam się dopiero, gdy wnęka prowadząca do piwnicy zostaje otwarta i
do pomieszczenia wchodzi zaspana Heather. Ostatnio jest stałym bywalcem w domu
Righli, tak samo, jak jej ukochany, Sullivan. Oboje tworzą zgraną i ułożoną
parę.
– Dzień dobry, Soleil – mówi
kobieta, zwracając się do mnie surowym tonem. – Jak się
dzisiaj czujesz?
– Dobrze – kłamię.
Tak naprawdę stan mojego zdrowia
psychicznego uległ znacznemu pogorszeniu wraz z dniem wyjazdu Corlissa. Na nowo zamknęłam
się w sobie i zaczęłam odpowiadać na pytania innych jedynie półsłówkami lub
milczeniem. Przygnieciona niekontrolowanym smutkiem i uciążliwym, zupełnie
nieuzasadnionym, zmęczeniem, zaczęłam pogrążać się w częstych atakach paniki.
Ponadto czasem nawet nie starcza mi sił, by dostać się na górę w celu zjedzenia
posiłku czy wzięcia prysznica. Jestem tylko martwą roślinką bez krzty energii.
Brudną, przestraszoną i śmierdzącą kukiełką w rękach bezlitosnego czasu.
– Powinnyśmy porozmawiać – dodaje Heather, siadając obok mojego
wychudzonego ciała.
Początkowo patrzę na nią z
przerażeniem, ponieważ wiem, jaką kwestię najprawdopodobniej chce poruszyć.
Odruchowo odskakuję do tyłu, gdy tamta kładzie mi dłoń na kolanie w opiekuńczym
geście, który oczywiście uznaję za zagrożenie.
– Nie mam zamiaru wypytywać cię o szczegóły
twojej relacji z Corlissem, jednak są sprawy... – podejmuje, lecz po chwili
milknie, najwyraźniej nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa. – Soleil, jesteś
dorosła, zdajesz sobie sprawę z konsekwencji niektórych działań... i biorąc pod uwagę to, co się z tobą działo przez ostatnie tygodnie,
wydaje mi się, że zaszłaś w ciążę. Rzecz jasna, to tylko podejrzenia... dlatego
przyniosłam coś, co pozwoli ci na rozwianie wszelkich wątpliwości.
Postanawiam zadowolić ją
milczeniem. Nie czuję się na siłach, by rozmawiać na podobny temat. Zatykam
uszy dłońmi i nie reaguję nawet, gdy kobieta podaje mi paczkę testów ciążowych.
Nie chcę się upewniać, w końcu to w podejrzeniach odnajduję przynajmniej
znikomą nadzieję.
– Rozumiem twoje obawy, ale macierzyństwo
jest wspaniałym darem... i być może wkrótce przekonasz się o tym na własnej
skórze. Zapewniam cię, będziesz najszczęśliwszą istotą pod słońcem, gdy
poczujesz ruchy dziecka w swoim brzuchu.
Tylko ono obdarzy cię tak bezinteresowną, niewymagającą miłością...
– Nie jestem egoistką, by
zachowywać się w ten sposób – syczę przez zaciśnięte zęby, nie mogąc
powstrzymać złości.
– To nie egoizm, Sol. Po prostu każdy
potrzebuje kogoś do kochania.
Prawdopodobnie, gdybym żyła w
innych czasach, podskakiwałabym teraz z radości. Niestety, nie ma przy mnie
człowieka, któremu z chęcią rzuciłabym się na szyję, nie ma nikogo, z kim
podzieliłabym się swoimi obawami. Jeśli za kilka miesięcy naprawdę przyjdzie mi
oglądać własne dziecko borykające się z trudnościami i okrucieństwami tego
świata, z pewnością nie nazwę siebie „najszczęśliwszą istotą pod słońcem”.
– To ważne, by znać prawdę w tak
poważnej kwestii – mówi Heather, przerywając moje rozmyślania. – Dlatego
proszę, jeśli nie chcesz zrobić tego dla siebie, zrób dla Corlissa – nalega.
Choć kobieta nie powinna grać na
moich emocjach, by postawić na swoim, podświadomie wiem, że ma rację. Ze
zrezygnowaniem biorę więc do ręki paczkę testów, którą położyła na materacu, i
niezgrabnie wstaję. Niestety, nie uchodzę nawet kilku kroków, gdy znów zaczynam
odczuwać nieznośne zawroty głowy i mdłości. Biorę głęboki oddech z nadzieją, że
ten wpłynie pozytywnie na moją kondycję, by móc kontynuować wędrówkę. Jestem
wdzięczna Heather, ponieważ nie stara się mnie poganiać, tylko cierpliwie
kroczy z tyłu. Kiedy wreszcie obie wychodzimy z piwnicy, zauważam, że w domu
Righli panuje niespotykana dotąd cisza. Nie widzę dzieci biegających po korytarzu
czy kłócących się o zabawki, zupełnie jakby większość mieszkańców rezydencji na
chwilę ją opuściła. Dopiero docierając do kuchni, napotykam się na pozostałych
domowników. Wszystkie osoby zgromadzone przy stole nasłuchują cicho grającego
radia. Po ich minach mogę stwierdzić, że właśnie zapoznali się z nie do końca
przyjemnymi wiadomościami. Choć podświadomie wolałabym nie obarczać swojego
umysłu kolejnymi „rewelacjami” ze świata zewnętrznego, czuję się zobowiązana do
podobnego działania. Muszę domagać się prawdy, nawet tej brutalnej. Przecież
tylko ona jest jedyną łączniczką pomiędzy rzeczywistością moją a Corlissa.
Jednak zanim dołączam do słuchaczy, Reilly zauważa moją obecność i
niespodziewanie przycisza odbiornik. Mamroczę tylko ciche „ej” w jego kierunku,
zanim Heather popycha mnie w stronę łazienki.
– Uspokój się – rozkazuje. – Na opakowaniu znajdziesz instrukcję. Wrócę za kilkanaście
minut – mówi, po czym wychodzi z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
Zostaję zupełnie sama, oko w oko
ze strachem. Nie nadaję się na matkę. Nie potrafię poradzić sobie z własną,
oszalałą psychiką, nie wspominając już o opiece nad drugim, tak bezbronnym,
człowiekiem. Gdyby tylko moje przypuszczenia okazały się prawdą, zrobiłabym
wszystko, by zapewnić własnemu dziecku godziwy byt, łącznie z pozbawieniem
siebie prawa do macierzyństwa. Wolałabym patrzeć na swoje maleństwo żyjące
szczęśliwie pod skrzydłami innej osoby niż walczące o odrobinę szczęścia u
mojego boku.
Nieśmiało wyjmuję jeden z testów
ciążowych z niewielkiej paczki i oglądam go z każdej strony. Wiem, że prędzej czy później muszę zdecydować
się na ostateczny krok. Biorę głęboki oddech, po czym postępuję zgodnie z
poleceniami wypisanymi czarnym tuszem na kartonie. Na wynik nie czekam zbyt
długo. Dwie równiutkie kreski zwiastują całą prawdę. Na świat wkrótce przyjdzie
kolejna istota, przed której miłością nie zdołam się obronić.
W przypływie irracjonalnej nadziei
upadam na ziemię i zaczynam okładać pięściami swój brzuch. Wydaje mi się, że
jeszcze zdołam powstrzymać nieuchronne narodzenie dziecka. Nie chcę, by musiało
zmierzyć się tym światem. Przecież niczym sobie na to nie
zasłużyło! Powinno doświadczać w życiu radosnych chwil, a nie każdego dnia
walczyć o przetrwanie. Gdybym tylko mogła, cofnęłabym czas, opanowałabym emocje
i postąpiłabym racjonalnie, odpychając Corlissa.
Kiedy Heather ponownie wchodzi do
pomieszczenia, leżę na zimnej posadzce, przyciskając czoło do podłoża. Zaciskam
powieki, próbując powstrzymać łzy. Kobieta nic nie mówi. Wystarczy, że rozumie.
Przytula moje roztrzęsione ciało niczym kochająca matka, jednocześnie
uniemożliwiając mi wykonywanie kolejnych uderzeń.
– Spokojnie… wszystko jakoś się
ułoży – szepcze, najprawdopodobniej nie mogąc znaleźć odpowiednich słów
pocieszenia.
– Nie kłam, proszę, nie kłam.
Przecież doskonale zdajesz sobie sprawę, że one… nasze dzieci.. nigdy nie będą
tutaj szczęśliwe – oznajmiam złamanym głosem, w którym wyraźnie słychać umierającą
nadzieję. Wbijam paznokcie w plecy kobiety, próbując przelać na nią ogrom
miażdżącego bólu. Mam wrażenie, że ktoś przed chwilą bezlitośnie, bez
znieczulenia wyrwał moje serce.
–Wiem, Sol. Ale musimy wierzyć,
prawda? Tylko to nam pozostało. Wiara. Jedynie naiwna wiara.
Wieczór nadszedł stosunkowo
szybko. Heather podążała dziś za mną jak cień, gotowa do wysłuchania kolejnego ataku szlochu. Ostatecznie mogłam jej tylko podziękować.
Leżę na dużym materacu pomiędzy
Telą a Deedee. Wyjątkowo pozwolono mi na opuszczenie piwnicy na noc. W
obecności innych osób, nawet tak młodych i bezbronnych, czuję się znacznie
bezpieczniej. Mimo wszystko wciąż nie potrafię zmrużyć oczu. Oddechy dzieci
stopniowo mnie uspokajają, gdy zwijam się w kłębek i głaszczę swój, póki co,
bardzo chudy brzuch.
– Przepraszam, moje kochane… –
szepczę bezgłośnie, walcząc z wyrzutami sumienia.
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że zachowałam się jak wariatka,
skazując własną córeczkę lub synka na dodatkową dawkę cierpienia. Głupia,
uważałam, że uda mi się zapobiec przyjściu na świat tej malej istotki. W
praktyce tylko pogorszyłam całą sprawę.
– Mama jest przy tobie. Nie bój się – dodaję, choć nie bardzo wierzę w
swoje słowa.
Zwłaszcza, że od kilku minut do moich uszu dociera niepokojący stukot. Kiedy
dźwięk staje się donośniejszy, wiem, że muszę zignorować strach i wyjść na
korytarz. Niestety, okryta ciepłym kocem, w towarzystwie śpiących dziewczynek, istnieję
w nierealnej, bezpiecznej rzeczywistości i nie mam zamiaru jej opuszczać.
Dlatego, wbrew zasadom racjonalności, po raz pierwszy od wielu godzin zamykam
oczy. Jednak podobny stan rzeczy nie trwa długo. Już po chwili czuję, jak
czyjeś zimne palce zaciskają się na moim nadgarstku.
– Wstawaj, Sol! Ktoś jest w domu – szepcze roztrzęsiony Reilley.
Gdy podnoszę się do pozycji siedzącej, zauważam, że chłopak trzyma
pistolet.
– Skąd to masz? – pytam.
– To nie czas na wyjaśnienia. Obudź dzieciaki i zwiewamy stąd.
– Ja się nigdzie nie ruszam – oznajmiam stanowczo.
Budynek należący do Righli traktuję jako swój dom, prawdziwą skarbnicę
wspomnień. Gdybym opuściła to miejsce z czystej bezradności, pękłoby mi serce.
– Wolisz, żeby cię złapali? Znów przywlekli do więzienia? I nas razem z
tobą?
– Nie, Reilley. Ale ucieczka nie wchodzi w grę.
– Spokojnie… pozbędę się tych bydlaków na jakiś czas – stwierdza, a w
jego głosie wyczuwam wyraźną żądzę zemsty. Choć walka ze strażnikami jest
zwykłym ikarowym lotem, wiem, że chłopak tak czy inaczej wkrótce ją podejmie. Zaślepiony
nienawiścią, wejdzie w sam środek ognia, a ja nie zdołam go powstrzymać.
– Poczekaj. Przecież mogę się ukryć – proponuję, za wszelką cenę próbując
przemówić mu do rozsądku.
– To na nic. Nie wiesz, co dzieje się w prawdziwym świecie. Rozpętała się
wojna… a zwolennicy Ulyssesa szukają nie tylko ciebie, ale wszystkich
stanowiących zagrożenie – oznajmia sucho, po czym, ignorując moje ciche
błagania, wybiega z pokoju na złamanie karku. Słyszę kroki jego i strażników.
Lada chwila się spotkają. Mimowolnie wstrzymuję oddech, kiedy chłopak zaczyna
krzyczeć:
– Stójcie albo strzelę!
Coś ty narobił…
Muszę jakoś zareagować. Dziewczynki, wcześniej spokojnie drzemiące, teraz
patrzą na mnie przerażonymi oczyma. Jeśli nie podejmę szybkiej, wręcz
błyskawicznej decyzji, wszyscy na tym ucierpią. Chłopak nie ma pojęcia, z kim
zadarł. Tylko ja znam konsekwencje podobnych działań. Dlatego, ignorując
strach, również wychodzę na korytarz.
Całkiem możliwe, że podwładni dyktatora zgodzą się na pewien układ, więc
jestem gotowa do poświęcenia .
Dopiero czując na sobie blade światło latarki trzymanej przez podwładnego
Coppera, zaczynam rozumieć, jak wielki błąd popełniłam. Pragnę uciec, wyrwać
się, lecz wiem, że to na nic. Przytwierdzona do podłoża, czekam na ostateczny
wyrok. Idiotka. Zachciało mi się zgrywać bohaterkę, ofiarę, poświęcać życie dla
dobra innych… tak naprawdę jestem skończoną egoistką. Oddałabym wszystko, by
cofnąć czas o kilka sekund.
– O-o! kogo my tu mamy? – mówi wysoki, dobrze zbudowany brunet,
pogwizdując z chorą aprobatą.
Szybko zdaję sobie sprawę, że doskonale pamiętam tę twarz. Hussein. Jeden
z moich katów. Wspomnienia wracają do mnie z nieprawdopodobną prędkością. Widzę
zaciśniętą pięść mężczyzny, słyszę jego kpiący śmiech i słowa aż kipiące od
nienawiści oraz pogardy. Tylko cud sprawia, że ani drgnę.
– 239, gdzie twój kochaś? – wtrąca się drugi strażnik.
Gdy nie odpowiadam, tamten podchodzi bliżej, wyjmuje nóż, oplata moją
szyję swoim ramieniem i przykłada do niej ostrze. Kątem oka widzę reakcję
Reilleya. Chłopiec kieruje lufę pistoletu w stronę podwładnego Coppera.
– Odłóż broń, a twoja… przyjaciółka nie ucierpi – komenderuje Hussein.
– Strzel! – wyrywam się, ze świadomością, że drobny element zaskoczenia
jest jedynym ratunkiem.
Niestety, syn Righli, zbyt oszołomiony natłokiem wydarzeń, posłusznie
wykonuje polecenie strażnika. Za to ja czuję gorącą strużkę krwi spływającą po
moim karku. Nachalnie próbuję wciągać powietrze nosem, by nie pogłębiać rany.
Na daremno. Drżąca ręka mężczyzny zadaje mi ciągły ból.
– Teraz pójdziemy troszkę pozwiedzać, dobrze? Poszukamy głównego zdrajcy…
skoro ty tu jesteś, on też musi gdzieś tu być. O ile nie znalazł sobie kogoś
bardziej wartego uwagi. Bez urazy, 239, ale… popatrz na siebie. Byle jaka
dziwka wygląda lepiej – dodaje Hussein, chichocząc niczym opasły wieprz, po
czym podnosi z podłogi pistolet wcześniej należący do Reilleya.
Idąc ciemnym korytarzem, zdaję sobie sprawę z okrucieństwa losu, jaki
mnie czeka. Na nowo powitam więzienne mury, nieustanny strach i cierpienie. Choć
powoli zaczynałam zdrowieć, najprawdopodobniej wkrótce znów postradam zmysły.
Teraz Corliss z pewnością nie przyjdzie mi na ratunek, a ja będę czekała na
śmierć w dziwnym zawieszeniu, odcięta od rzeczywistości. Powrócą koszmary,
powróci praca zabójczyni. Nie chcę tego. Tak bardzo się boję... a dziecko?
Dziecko w chwili obecnej wydaje się bytem tak odległym, że aż nierealnym.
– Rhen, ty sukinsynu… wyłaź stamtąd po dobroci… – warczy Hussein,
wchodząc do jednej z sypialni.
– Nie ma go tutaj. Nie wiem, gdzie jest. Nie widziałam go od kilku
tygodni – mówię, próbując ochronić dziewczynki przed widokiem strażników, które
teraz, przerażone i dygocące, tulą się do siebie w kącie pokoju. Czym krócej
będą ich oglądać, tym lepiej.
– Więc jednak… zmądrzał. Wiesz, że byłaś dla niego tylko lalką?
Marionetką? Dzięki tobie mógł pobawić się w bohatera. Naiwna, uwierzyłaś, że
naprawdę mu na tobie zależy. Nie w tych czasach, 239. Nie w tych czasach. Teraz
pewnie pieprzy jakąś lafiryndę, bo w końcu ileż można na ciebie patrzeć.
Prędzej bym się porzygał niż…
Mężczyzna niespodziewanie przerywa swój monolog. Jego ręce nagle zsuwają
się z mojej szyi, dzięki czemu mogę odetchnąć z ulgą. Jednak, zbytnio zszokowana,
nie potrafię utrzymać równowagi i upadam na ziemię. Nie mam bladego pojęcia, co
się stało, dopóki nie podbiega do mnie Heather.
– Wszystko w porządku? – pyta.
–Jak ty…
– Nie tylko Righla należała do ruchu oporu – oznajmia, a ja wreszcie
zaczynam rozumieć podobny obrót spraw. –
A teraz się uspokój. Musimy stąd wyjechać i to czym prędzej.
Kobieta pomaga mi wstać i obie idziemy w stronę wyjścia. Po drodze mijamy
na wpółmartwe ciała strażników oraz rozległe kałuże krwi wokół ich głów. Jak
widać, Heather jest świetnym strzelcem, ani razu nie chybiła.
Zanim wychodzimy na korytarz, dołączają do nas
dziewczynki. Najwyraźniej nie chcą zostać same po ostatnich przejściach. Płaczą,
krzyczą i wołają swoją martwą mamę, czepiają się naszych nóg jak rzepy. Jedynie
Deedee pozostaje cicha. Do szlochów wkrótce dochodzą także głosy Reilleya i
pozostałych chłopców. Dzisiaj nawet oni wyzbywają się fałszywej odwagi,
pokazują swoją prawdziwą słabość, dziecięce oblicza. W końcu wszyscy jesteśmy
tylko małymi, bezbronnymi i zagubionymi sierotami, które błądzą w świecie
ogarniętym wojną. Próbujemy objąć siebie nawzajem, by odczuć maksymalną ilość
ciepła, by na nowo poznać smak bezpieczeństwa. Nie wiemy, co przyniesie kolejny
dzień. Teraz każda sekunda stała się jedynie marną walką o przetrwanie. A my,
wyrzuceni na głęboką wodę, nieustannie staramy się dotrzeć do suchego lądu
niewidocznego z obecnej perspektywy.
Wiem, że rozdział jest jednym wielkim chaosem. Nie dość, że dziwny, nieskładny i nierealistyczny, to jeszcze... ech xD Wybaczcie, że narzekam. W roku szkolnym moja wena skrzętnie się schowała i mimo starań nie mogę jej znaleźć. Poza tym wciąż nie wiem, czy wątek z ciążą to dobre posunięcie.
Kilka notek wcześniej pisałam, że uda mi się zakończyć tę historię w trzydziestu rozdziałach. Obecnie jednak wszystko wskazuje na to, że będzie ich nieco więcej, co nie zmienia faktu, że powoli zbliżamy się do końca tej historii.