wtorek, 22 kwietnia 2014

Rozdział XVI

"Jes­tem ale­gorią mo­jej włas­nej dep­resji, in­karnacją obojętności i rozpaczy."
Lolita Pille

SOLEIL

                Moje nieżycie jest chaosem. Krótkotrwałą ciszą przerywaną przez pojedyncze kroki strażnika. Jeden stukot ciężkich butów przypada na dwa uderzenia mojego serca. Dwa na cztery. Trzy na sześć. Liczę, by zająć czymś umysł, doczekać poranka, odpędzić strach, który zbliża się za każdym razem, gdy uzbrojony mężczyzna patrzy na moją nieruchomą sylwetkę.  Wstrzymuję oddech, po czym nachalnie próbuję napełnić usta powietrzem. Duszę się własnym przerażeniem. Ale noc dopiero się zaczęła. Jeszcze nieraz zdołam poczuć lęk ogarniający moje bezbronne ciało. Jeszcze nieraz będę wyć z nadzieją, że zostanę wysłuchana. Kurczowo zaciskam palce na kawałku cienkiej tkaniny, zupełnie jakbym pragnęła zadać cierpienie tak przeraźliwie martwej rzeczy. Nie mniej martwej ode mnie.
                Zaprzyjaźniłam się z obojętnością. Poznałam jej bezsmak, chłodne dłonie i niewidzialne oblicze. Minął miesiąc, odkąd trafiłam do więzienia. Mortem zaaplikowałam już dziesięciu klientom. Nowi nie przychodzą codziennie, jednak czasami jestem zmuszona zabić dwie osoby w ciągu doby. Nad każdą z nich płaczę równie rozpaczliwie, choć z większością nie zamieniam ani jednego słowa. Kładę głowę na zimnym brzuchu chuderlawego młodzieńca, trzymam rękę kobiety o filigranowej budowie ciała, a także głaszczę włosy małej dziewczynki, która doznała poważnego urazu kręgosłupa i nie była zdolna do normalnego funkcjonowania. Próbuję przywrócić ich do życia, gdy zastygają w bezruchu. Krzyczę i trzymam się za głowę. Jednak nikt nic nie mówi. Nikt nie otwiera oczu. Wszyscy są martwi. Później zostaję zmuszona siłą do powstania i wywleczona z pokoju przez jednego ze strażników, by rozpocząć pracę na zapleczu apteki znajdującej się w prawym skrzydle laboratorium.
                Dni bez słońca mijają w przerażająco wolnym tempie. Wszelkie różnice między nimi zostały zatarte, a Copper przywłaszczył sobie prawo do kreowania rzeczywistości. Pozbawiono mnie imienia, czegoś, co dawniej nadawało mi tożsamość. W więzieniu jestem tylko numerem, nic nie znaczącą statystyką.  Prawdziwa Soleil zniknęła. Umierała kawałek po kawałku razem z każdym kolejnym martwym pacjentem, aż wreszcie po prostu przestała istnieć. 
                239, ty szmato, świnio, pasożycie…- to tytuły nadane mi przez strażników. Nie są zbyt wdzięczne, jednak wiele z nich kryje pewną mroczną cząstkę mnie. Słowa działają niczym zapalniki. Niszczą wszelkie dobro i radość, które ukryłam głęboko w sobie na czarną godzinę. Odkąd podwładni Coppera zdobyli klucz do kryjówki moich myśli, przestałam mieć jakiekolwiek tajemnice. Stałam się ich workiem treningowym, lecz nawet po tak wielu tygodniach tortur nie potrafię zaakceptować bólu i niemocy. Gdy nadchodzi uderzenie, błagam o litość, choć wiem, że kat nie przerwie swojej pracy. Nawet teraz, kiedy jestem zaledwie cieniem człowieka, strażnicy nie szczędzą mi cierpienia. Lubią patrzeć, jak wiję się z bólu, jak krzyczę i na daremno wymachuję rękami i nogami w obronnych gestach.
                Boję się spoglądać w lustro. Nie chcę widzieć swojej bladej i posiniaczonej twarzy, podbitych oczu, łysej głowy. Jedyne, co wtedy czuję, to obrzydzenie i nienawiść. Nienawidzę samej siebie. Nienawidzę tego, w co się zmieniłam.  Nienawidzę siebie jeszcze bardziej, gdy przebijam igłą powłoki skórne klientów i wprowadzam do ich żył śmiercionośną substancję. Nienawidzę bezradności i strachu przed bólem. Nigdy nie byłam odważna, jednak obecnie moje tchórzostwo przechodzi wszelkie możliwe oczekiwania.
                Jeden z przełożonych postanowił „zrobić z nami porządek” ze względu na nieustające skargi pacjentów dotyczące naszych tłustych i cuchnących włosów. Zamiast zainwestować w szampony i ciepłą wodę, postanowiono zatrudnić fryzjera, który sprawił, że staliśmy się jeszcze bardziej anonimowi niczym żywe kukły zmuszone do wykonywania określonych czynności, pozbawione nadziei, czekające na nieuchronny koniec. Gnijemy, rozpadamy się z sekundy na sekundę.
                Sen jak zwykle omija mnie szerokim łukiem. Choć zamykam oczy, nie tracę nad sobą kontroli. Niespodziewanie czuję silny ból w prawej dłoni. Próbuję go ignorować, jednak z czasem ten staje się nie do zniesienia. Najciszej jak tylko potrafię, siadam na łóżku i dotykam obolałej kończyny. Jęczę, gdy moje palce zatrzymują się w okolicach dawnego złamania. Nie mam dostępu do żadnych medykamentów, dlatego docieram do prysznica i przemywam dłoń lodowatą wodą. Krystaliczna ciecz na krótką chwilę łagodzi cierpienie. Niestety, gdy postanawiam się położyć, zdaję sobie sprawę, że moje poczynania zostały zauważone przez strażnika, który obecnie stoi u progu celi i patrzy na mnie tajemniczym wzrokiem. Na pozór nie zrobiłam nic złego, jednak ludzie Coppera szukają absurdalnych argumentów, by tylko móc przez chwilę wyładować nerwy na bezbronnym człowieku, wyżyć się, a później po prostu zapomnieć. Wiem więc, że podobny „wybryk” nie ujdzie mi na sucho.
                Masywny mężczyzna w mgnieniu oka wywleka mnie na korytarz. Początkowo próbuję się wyrywać, jednak ostatecznie daję za wygraną. I tak znajduję się na przegranej pozycji – słaba i wycieńczona, mogę jedynie walczyć dla samej idei walki, nie dla osiągnięcia zwycięstwa. Nieoczekiwanie docieramy do pewnego ciasnego pomieszczenia, najprawdopodobniej schowka na miotły. Nigdy wcześniej tu nie byłam i, mimo wszechogarniających ciemności, przez nieszczelne drzwi do środka wdziera się wąska smuga światła. Dzięki niej mogę przyjrzeć się twarzy Corlissa… to znaczy chłopaka podobnego do niego. Przecież gdybym miała do czynienia z moim przyjacielem, nigdy nie zostałabym skrzywdzona. Mężczyzna stanąłby za mną murem, ochronił przed cierpieniem. Nie pozwoliłby na zatracenie się w monotonii i melancholii. Jednak przeszłość odeszła, a wraz z nią wszyscy, na których mi zależało. Rzeczywistość uległa diametralnej zmianie, dawna prawda wymieszała się z kłamstwem, przez co przestałam wierzyć w jej wiarygodność. Zostałam zupełnie sama, otoczona przez wrogów.
                - Soleil… - mówi szeptem, jakby bał się, że ktoś go usłyszy. Słusznie. Nie wolno zwracać się do więźniów po imieniu.
                Początkowo chcę warknąć: „kto?!”, lecz ostatecznie staję oko w oko z dawnym życiem. Mimo wielu sił włożonych w proces zapomnienia, nie mogę wyprzeć się zamierzchłych czasów. Nie potrafię zrozumieć, że prawdziwego Corlissa już nie ma. I nigdy nie będzie. Prawdziwy Corliss prędzej wstrzyknąłby sobie Mortem niż paradował w stroju strażnika, dlatego tak bardzo nienawidzę jego sobowtóra. Mężczyzna stojący przede mną jest ucieleśnieniem zdrajcy, przez co nie mam żadnych skrupułów przed napluciem mu w twarz. Po raz pierwszy ignoruję strach przed bólem i wyrażam głęboko ukrytą nienawiść.
                Mrużę powieki w oczekiwaniu na cios, jednak w opozycji odpowiada mi tylko głucha cisza. Kiedy otwieram oczy, zauważam, że chłopak nie wygląda nawet na zdenerwowanego.
                - Soleil… - powtarza po raz kolejny, zupełnie jakby moje imię dawało mu spokój, było cichą modlitwą, pełną nadziei, zabijającą tęsknotę.  –Nie bój się mnie. Nie zrobię ci krzywdy, przysięgam – oznajmia, po czym idzie kilka kroków do tyłu. Najwyraźniej nie chce, bym uznała go za zagrożenie, lecz jest już za późno na podobne wyjaśnienia. Wymazałam z pamięci postać chłopaka. Lepiej, żeby w ogóle nie istniał niż był bestią w moich oczach.
                - Kłamiesz. Jesteś taki sam jak wszyscy  - szepczę ledwo słyszalnym głosem.
                -To tylko pozory. Jedynie w ten sposób mogę cię uratować…
                - Uratować, krzywdząc mnie? O czym ty mówisz?! Jesteś potworem! Cholernym potworem! - wybucham, by po chwili zacząć okładać pięściami potężne ciało mężczyzny. Niestety nie daję rady zadać mu bólu. Przez całkowite osłabienie podobne ataki nie mają najmniejszego sensu, jednak nie istnieje żaden inny sposób na okazanie tylu negatywnych emocji, dlatego kontynuuję z góry przegraną walkę.
                - Poczekaj, Sol, niczego nie rozumiesz – Corliss na próżno próbuje zaprowadzić spokój. Dopiero gdy łapie moje nadgarstki, zastygam w bezruchu. Dalej wzbraniam się przed spojrzeniem mu w oczy, lecz wkrótce zostaję zmuszona do wykonania tej czynności. Oczekuję, że w tęczówkach mężczyzny zobaczę wszechobecną pogardę typową dla strażników, jednak rzeczywistość okazuje się zupełnie inna. Widzę troskę wymieszaną z wyrzutami sumienia. Troskę o mnie, o dawną, martwą Soleil. Nieoczekiwanie zaczynam płakać. W myślach przywołuję dzień własnej śmierci. Przypominam sobie Corlissa całującego mnie po włosach, czole i szyi. Corlissa, który jest tu teraz, żywy i prawdziwy. Choć nie znam jego rzeczywistych intencji, nie potrafię odpędzić pragnienia zaufania komukolwiek.
                - Spokojnie, wszystko ci wyjaśnię – oznajmia, po czym bez oporów obejmuje moje roztrzęsione ciało. Chowam głowę w ramieniu mężczyzny i pozwalam, by łzy spokojnie zmoczyły jego kurtkę. – Wstąpiłem do ruchu oporu. Tam zdałem sobie sprawę, że wciąż żyjesz… żyjesz w więzieniu Coppera. Nie mogłem cię tak zostawić. Obiecałem, że zrobię wszystko, byś wyszła na wolność. Dosłownie wszystko. A wmieszanie się w tłum strażników było najbardziej racjonalnym rozwiązaniem – szepcze cicho, jednak słyszę wyraźnie każde słowo. Chrapliwy głos mężczyzny działa na mnie uspokajająco, odpędza cały strach. Na szczęście w porę zaczynam rozumieć absurdalność tej sytuacji. Gwałtownie odrywam się od ciała Corlissa.
                - Co ty wygadujesz?! Gdybyś mówił prawdę, już dawno by cię zamknęli. Nie jestem taka naiwna jak ci się wydaje. Chcesz się tylko zabawić, rozumiem, więc teraz chyba powinieneś mnie uderzyć, racja? Śmiało, nie boję się ciebie. Tak czy inaczej jestem ścierwem, zwykłym śmieciem… - warczę, nachalnie połykając łzy spływające po mojej twarzy. Tracę całkowitą kontrolę nad własnym ciałem. Zataczam się do tyłu i upadam na podłogę, na szczęście prawie bezgłośnie.
                - Sol, tak bardzo cię przepraszam… - szepcze mężczyzna. Gdy jego twarz zatrzymuje się na wysokości mojej, zauważam, że również płacze. – Mogę jedynie przysiąc, że pewnego dnia otworzysz oczy i będziesz wolna.
                - Udowodnij – mówię błagalnym tonem, na siłę próbując doszukać się nadziei w zachowaniu chłopaka.  Choć bardzo chciałabym mu wierzyć, jego słowa są zwykłą bajką opowiadaną dzieciom na dobranoc. Póki co nikomu nie udało się uciec z więzienia Coppera. Nikomu. Niby dlaczego ja miałabym być pierwsza? Próbuję wyobrazić sobie własne życie po podobnym incydencie. Czy musiałabym się chować, ukrywać, przeprowadzać, zmieniać tożsamość? Najprawdopodobniej, lecz nawet taka rzeczywistość byłaby lepsza od obecnej.
                Corliss milczy. Na szczęście po chwili niezręczna cisza zostaje wypełniona przez jego ciepły oddech. Przybliża swoją twarz do mojej tak, że stykamy się nosami. Zapewne dawniej podobna sytuacja wprawiłaby mnie w zakłopotanie, jednak teraz muszę przyznać, że bardzo tęskniłam za bliskością mężczyzny. Brunet błądzi palcami po moim ciele. Uśmiecham się, połykając łzy. Najprawdopodobniej przez bluzkę wyczuwa wszystkie guzy, którymi ozdobione są moje plecy. Mimo wszystko zdaje się to ignorować. Ignoruje także powybijane zęby, zwiotczałe mięśnie i najprawdopodobniej średnio przyjemny zapach. Kiedy zaczyna mnie całować, delikatnie przymykam powieki. Pragnę zatrzymać ten moment, uwiecznić go w bibliotece pamięci, bym już nigdy nie zapomniała, że istnieje ktoś, dla kogo powinnam wciąż walczyć.
                - Przepraszam cię – szepcze między kolejnymi pocałunkami. – Tak bardzo mi przykro…
                - Niepotrzebnie – stwierdzam, dotykając jego gęstych włosów. – Zadarłam z życiem. Zasłużyłam na karę. Powinno ci być raczej przykro z powodu osób, które zabiłam.
                - To nie twoja wina. Zmuszono cię do mordowania.
                - Co nie zmienia faktu, że jestem zabójczynią…
                - To O N I są zabójcami. Nie jesteś odpowiedzialna za niczyją śmierć, Sol.
                - Skąd możesz to wiedzieć?! Nigdy nie widziałeś, jak… - przerywam, gdy do moich uszu dociera cichy huk. W więzieniu dość często słyszę podobne dźwięki, jednak chyba po raz pierwszy zwracam na nie większą uwagę. W końcu jeszcze nigdy nie robiłam czegoś zakazanego. Wiem, że gdyby cała prawda o moim prywatnym spotkaniu z jednym ze strażników wyszłaby na jaw, oboje zostalibyśmy poddani nieludzkim torturom.  - Boję się – mówię cicho, zmieniając temat, po czym wtulam się w jego tors. Wciąż nie mogę zaakceptować widoku Corlissa w stroju strażnika, dlatego gdy mężczyzna próbuje okryć mnie swoją kurtką, mam wrażenie, że materiał wypali mi dziurę w ciele. Wiem, że nie zniosę podobnego uczucia, przez co posłusznie oddaję nakrycie.
                - Niepotrzebnie. Jesteśmy bezpieczni. Sprawdziłem to miejsce. Brak podsłuchów, kamer, szczelne drzwi. W dodatku o tej porze większość strażników woli uciąć sobie drzemkę niż pilnować więźniów – oznajmia, czule głaszcząc mnie po łysej głowie.
                - Ale ja boję się…  bycia tutaj. Boję się o jutro, o to, że tutaj zgniję, że już nigdy nie zobaczę słońca, nie będę mogła się uśmiechać… zabierz mnie stąd, Corliss. Proszę cię. Chcę wrócić do domu.
                Choć zdaję sobie sprawę, że brzmię jak dziecko, które pragnie gwiazdki z nieba, nie mogę powstrzymać słów wypływających z moich ust. Po raz pierwszy od bardzo dawna zostaję wysłuchana. Zmęczona własną samotnością, chwytam się każdej deski ratunki, nawet tej ciągnącej mnie na samo dno. Nie wiem, czy powinnam ufać nowemu Corlissowi, jednak jestem zbyt zdesperowana, by się wycofać. Marzę o spokoju i bezpieczeństwie. Marzę przynajmniej o iluzji spokoju i bezpieczeństwa. Jakimś cudem odnajduję ją w ramionach mężczyzny.
                - Wrócisz. Obiecuję ci to – odpowiada nieoczekiwanie. Nie wiem, czy pragnie mnie pocieszyć, czy wierzy w prawdziwość własnych słów. Ważne, że na krótką chwilę zapominam o bólu, dawnych torturach i brutalnych strażnikach.
                - Ale już nigdy nie pozbędę się wyrzutów sumienia. One mnie miażdżą, duszą… kiedy tylko zamknę oczy, widzę twarze martwych ludzi. Nie potrafię wypędzić ich z własnego umysłu. Niczym złowieszcze duchy, karmią się moją radością. Zabiły mnie. Pogrzebały osiem metrów pod ziemią. Nie żyję już od bardzo dawna. Jestem pusta w środku… a raczej jestem pustką, czarną dziurą – mamroczę pod nosem i gdy zdaję sobie sprawę, że w rzeczywistości nie umiem opisać targających mną emocji, zamykam usta. Czasem wystarcza po prostu milczenie.
                - Jesteś tu ze mną. Jesteś taka realna, a to znaczy, że żyjesz, wciąż istniejesz. Wbrew wszystkiemu – odpowiada. – Nie możesz mnie opuścić, rozumiesz? Musisz być silna. Jeszcze raz przyrzekam, że wyjdziesz na wolność, nawet jeśli miałbym stracić własne życie, ratując twoje.
                - Nie mów tak… - proszę, jednak Corliss zdaje się nie słyszeć podobnych protestów. Cały czas powtarza pod nosem „będziesz wolna, będziesz wolna”. Najprawdopodobniej chce, by w chwilach kryzysu te dwa słowa dały mi siłę do oddychania.  Później zaczyna kołysać moim roztrzęsionym ciałem w rytm nieistniejącej melodii. Tuli je do siebie, całuje z czułością. Desperacja sprawia, że pragnę podziękować mu za namiastkę poczucia bezpieczeństwa, nawet jeśli magia chwili wkrótce pryśnie niczym bańka mydlana.
                - Obiecaj mi jedno: nikomu nie powiesz o tej rozmowie. Oboje musimy odgrywać swoje role. Ja będę Rhenem, a ty więźniarką. To jedyne rozwiązanie.
                - Obiecuję – mówię twardo, patrząc mu w oczy. Choć doskonale rozumiem, że zachowanie obojętności w towarzystwie Corlissa wiąże się z całkowitym kontrolowaniem własnych emocji, postanawiam włożyć całą energię w wykonanie tego zadania. Mężczyzna nieustannie budzi we mnie chęć do walki. Teraz muszę tylko odnaleźć moc w zupełnej niemocy i siłę w bezsilności, z powrotem stanąć na nogi, mimo że wygrzebanie się spod sterty wyrzutów sumienia nie należy do najłatwiejszych czynności.    
                Chłopak kiwa głową na znak, że mi wierzy, po czym wyjmuje z kieszeni spodni niewielką, białą tubkę.
                – Byłbym zapomniał… może trochę zapiec, jednak z czasem przyniesie ulgę.– ostrzega, a następnie nakłada grubą warstwę kremu na moją prawą, uszkodzoną dłoń. Zaciskam zęby, powstrzymując jęk. Mam wrażenie, że milion drobnych igiełek wbija się w kończynę. Całe szczęście już po chwili ból zostaje zastąpiony przez przyjemne zimno.  – Teraz powinnaś już wrócić. Jeśli ktoś się zorientuje, że przebywałem z tobą tak długo w jednym pomieszczeniu, zacznie coś podejrzewać – dodaje, całując mnie w czoło na pożegnanie.– Wyśpij się. Jutro przyjeżdża Copper, więc najprawdopodobniej dostaniesz jakieś dodatkowe zajęcie.
                - Copper wraca? – pytam, zaskoczona tą informacją.
                - Niestety – mamrocze pod nosem, po czym wstaje i podaje mi rękę. – Dobranoc – dodaje na koniec, by po chwili znów zmienić się w bezwzględnego strażnika. Gdy brutalnie wypycha mnie za drzwi, wcześniejsze poczucie bezpieczeństwa znika w mgnieniu oka. Próbuję jeszcze ukradkiem przyjrzeć się twarzy mężczyzny. Kiedy osiągam zamierzony cel, zaczynam myśleć, że poprzednie chwile były jedynie wytworem mojego chorego umysłu. Chłopak nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi, idzie prosto przed siebie. Mam wrażenie, że mogłabym krzyczeć, wyć i drapać, a on zignorowałby podobne wybryki. Przypomina mi kamienną rzeźbę. Piękną, lecz martwą, pozbawioną uczuć. Czy to możliwe, że sięgnęłam szczytu szaleństwa i uroiłam sobie postać Corlissa? Być może.  Stopniowo zaczynam tracić poczucie realności. Nie potrafię odróżnić snu od jawy. Gubię się we własnych myślach, w krainie chaosu. Może naprawdę umarłam? Może jestem tylko duchem odwiedzającym ponure mury więzienia? A może to piekło?
                Podobne refleksje towarzyszą mi do samego rana, kiedy zostaję zbudzona wcześniej niż zwykle.
                - Za dziesięć minut masz być gotowa, 239. I umyj się, bo śmierdzisz jak szczur. Jeśli przyniesiesz wstyd naszej placówce przed Ulyssesem Copperem, to nie licz następnego dnia na jakikolwiek posiłek  – oznajmia nienaturalnie głośno, rzucając na podłogę plastikowy talerz z dwoma kromkami suchego chleba, czyli tradycyjnym śniadaniem, które powinno wystarczyć mi na większą część dnia. Lunch złożony z wodnistej zupy i konserwy turystycznej serwowany jest dopiero kilka lub kilkanaście godzin później. Niestety postanawiam uśpić zdrowy rozsądek i nie odłożyć ani okruszka. Desperacko szukam odłamków pieczywa nawet na podłodze. Kiedy kończę, powtarzam w myślach słowa strażnika. Wiem, że nie żartował, a ja nie mam zamiaru chodzić z pustym żołądkiem, dlatego posłusznie ściągam ubranie i wchodzę pod prysznic. Gdy odkręcam kurek, wstrząsają mną nienaturalne dreszcze. Woda jest lodowata, jak zwykle zresztą. Odruchowo odskakuję na bok, jednak czuję, że muszę się przełamać. Z całych sił zaciskam zęby i pozwalam, by drobne krople krystalicznej cieczy obmyły moje ciało. Pot wymieszany z zaschniętą krwią. Wszystkie nieczystości, którymi byłam umazana spływają do ścieków. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że zamieniam się w podobny strumień. Znikam w bliżej nieokreślonym miejscu. Nieważne, gdzie konkretnie. Ważne, że z dala od więzienia. Czekam dobre kilka minut, by ostatecznie znów włożyć stare, brudne ubranie. Czuję, jak moje mokre ciało lepi się do szarej tkaniny, jednak nie mogę zapobiec temu zjawisku. Nikt nie zaoferował mi ręcznika, dlatego teraz odczuwam nieprawdopodobne zimno. W akcie desperacji próbuję okryć się prześcieradłem, jednak moje starania zostają przerwane przez  wizytę strażnika.
                - Na korytarz, już! W tej chwili! – krzyczy, po czym łapie mnie za ramię i wyprowadza z celi. – Na kolana! – rozkazuje. Bez oporu wykonuję jego polecenie i dołączam do reszty więźniów trwających w identycznej pozycji.
                - Po co to wszystko?! – upomina się pewien głos. Przypuszczam, że należy do nowego skazańca, który nie rozumie, że każdy, nawet najmniejszy wyraz nieposłuszeństwa kończy się bólem. Nie muszę czekać zbyt długo, by usłyszeć jęk wypływający z jego ust.  Żaden ze strażników, rzecz jasna, nie odpowiada na wcześniejsze pytanie mężczyzny.
                - Powitajcie naszego najłaskawszego władcę, dobrotliwego przyjaciela ludzi, najwspanialszego Ulyssesa Coppera! – woła pracownik więzienia ubrany w elegancki, czarny garnitur. Kilka chwil później korytarz zostaje wypełniony przez dźwięki ogólnoświatowego hymnu, wszyscy z wyjątkiem więźniów zaczynają bić brawa, a moim oczom ukazuje się twarz dyktatora.
                Jest uśmiechnięty od ucha do ucha, jego siwe włosy zostały starannie zaczesane do tyłu, a zmarszczki wygładzone. Za staruszkiem podąża ekipa telewizyjna filmująca każdy ruch i każde słowo osób zebranych w pomieszczeniu.
                - Dobrze was widzieć – mruczy dyktator, rzekomo troskliwie głaszcząc głowy skazańców.  Szczerzy się do mężczyzny, którego poznałam w pierwszym dniu pobytu w placówce. Kembang wygląda zupełnie tak, jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody. Mimo to nie okazuje jawnego sprzeciwu wobec władcy. Obywa się więc bez ingerencji strażników. Przeklinam w myślach idiotę decydującego o miejscu kręcenia materiału. Przecież równie dobrze mógłby wybrać inny sektor więzienia. W końcu oglądanie szczęśliwej twarzy Coppera nie należy do przyjemnych zajęć. Gdy Ulysses przechodzi obok mnie, schylam głowę z udawanym szacunkiem. Tak naprawdę robię wszystko, by uniknąć niekontrolowanego wybuchu gniewu. Całe szczęście powitanie władcy dobiega końca po upływie kilku minut. Z trudem podnoszę się z podłogi. Pragnę wrócić do celi, jednak nieoczekiwanie jeden z pracowników więzienia chwyta moje ramię i ciągnie w przeciwną stronę.
                - Gdzie idziemy? – pytam, zdezorientowana. Niestety nie otrzymuję odpowiedzi. Strażnik zatrzymuje się dopiero przed dużymi drzwiami. Zakuwa mnie w kajdanki, po czym naciska na klamkę.
                - Dzień dobry, panno McIntosh – odzywa się znajomy głos. – Zapraszam do środka. Możesz odejść, Petrussen. Damy sobie radę, prawda?
                Nie mam pojęcia, dlaczego zostałam zaproszona do gabinetu Coppera. I gdyby nie fakt, że zasada bezwzględnego posłuszeństwa już zdążyła zakorzenić się w moim umyśle, z pewnością uciekłabym w jakieś bezpieczne miejsce. Tymczasem, w wyniku niedorzecznego otępienia, nie potrafię wydobyć z siebie ani słowa. Przecież nie zrobiłam nic złego! Wypełniałam swoje obowiązki, słuchałam pracowników więzienia, nawet zabijałam. A może Ulysses pragnie dać mi wolność? Choć to najmniej prawdopodobna opcja, łagodzi strach przed spotkaniem z dyktatorem. Tymczasem staruszek, jakby czytając mi w myślach, mówi:
                - Nie bój się. Siadaj.
                Niczym zahipnotyzowana, zajmuję miejsce nieopodal biurka, nerwowo przebieram palcami i czekam na kolejne polecenia. Nie zauważam nawet, że mężczyzna zwraca się do mnie po nazwisku. Nie wiem, jakim cudem je zapamiętał, skoro w więzieniu przebywa około trzech tysięcy skazańców, lecz jestem zbyt przejęta własnym przerażeniem, by zwracać uwagę na podobne szczegóły.
                - Napijesz się czegoś? Herbaty, kawy, wody?   
                - Poproszę wodę – mówię, nie kryjąc zaskoczenia.        
                Copper wstaje, wyjmuje z drewnianej szafki czystą szklankę i nalewa do niej krystalicznej cieczy, po czym podaje mi naczynie.
                Mam wrażenie, że właśnie zostałam przeniesiona do alternatywnego wymiaru. W końcu Ulysses powinien mnie nie cierpieć, a nieoczekiwanie zachowuje się niczym prawdziwy przyjaciel. Ani trochę nie przypomina bezwzględnych i brutalnych strażników. Gdy na jego twarzy widnieje delikatny uśmiech, myślę o nim jak o dobrotliwym ojcu. Choć jeszcze niedawno uważałam staruszka za największego wroga, w obsesyjnym poszukiwaniu serdeczności zdążyłam zagubić poczucie racjonalności. Moje uczucia są teraz zlepkiem nietrwałych i chaotycznych emocji, zmieniających się w zależności od sytuacji. Utraciłam zdolność kochania i nienawidzenia. Patrzę na wszystko z innej, odległej perspektywy, zupełnie jakbym opuściła własne ciało i unosiła się nad ziemią, nieprawdopodobnie lekka.
                - Pij – rozkazuje, zauważając brak jakiejkolwiek reakcji z mojej strony.
                Posłusznie wykonuję polecenie staruszka.
                - Zapewne zastanawiasz się, dlaczego cię tu przysłałem. Odpowiedź jest prosta. Robisz wiele dobrego. Słyszałem, że jako jedna z nielicznych osób bez oporów wykonujesz zabieg aplikacji Mortem. Na początku myślałem, że będą z tobą większe problemy, jednak mile mnie zaskoczyłaś. Nawet sobie nie wyobrażasz, ile twoja praca znaczy dla tamtych ludzi. Dajesz im nieprawdopodobne szczęście.
                - Przecież oni są martwi… - mruczę pod nosem, zaskoczona własną śmiałością.
                - Ale wolni! Radośni! Spełnili swoje marzenia, nie rozumiesz tego? Przecież sama chciałaś się zabić, do cholery! – Copper podnosi głos, by po chwili znów spojrzeć na mnie z troską i radością. Nie wiem, jak mam traktować jego nagły wybuch. Jestem zagubiona wśród krzyku, bólu, nienawiści i udawanej miłości. Moja obsesyjna potrzeba zaufania komukolwiek znów daje o sobie znać. – Jesteś posłuszną uczennicą, skarbie. Nie zepsuj tego – oznajmia, by następnie podejść do drzwi i zamknąć je na klucz. Czekam, aż staruszek wróci na swoje miejsce, jednak ten nieoczekiwanie zaczyna naruszać moją przestrzeń osobistą. Nie mogę wykonać jakiegokolwiek ruchu. Nieoczekiwanie krzesło, na którym siedziałam, zostaje przewrócone. Uderzam głową o podłogę. Zamykam oczy, próbując stłumić ból. I wtedy zaczynam śnić. To tylko zwykły koszmar, z którego lada chwila się obudzę, bo w końcu ludzie nie są aż tak podli. Istnieją pewne granice okrucieństwa. Przecież takie rzeczy nie dzieją się w rzeczywistości, prawda?
               
***
To bardzo dziwne, że dodaję rozdział po dwóch tygodniach.  Chyba po prostu tęskniłam za pisaniem z perspektywy Soleil. Jak widzicie, notka dziwna, nawet bardzo. Nie umiałam znaleźć innego sposobu na opisanie stanu emocjonalnego bohaterki.
Wszelkie zaległości nadrobię w najbliższym czasie.
Tymczasem rozdział dedykuję Wiktorii W. za to, że cierpliwie zniosła moje "mogę ci posłać fragment?" <3