poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Rozdział XV

Okropna jestem łeee... miał być rozdział z perspektywy Soleil, ale postanowiłam przyspieszyć akcję. A poza tym mam ponad dwutygodniowe zaległości, co zdarzyło mi się chyba po raz pierwszy. Wszystko nadrobię, bo mam praktycznie wolne od poniedziałku. Rozdział pisało mi się zdecydowanie lepiej niż poprzedni. Ponadto jestem zadowolona z retrospekcji Corlissa. Zapraszam do czytania :) 


"Prawdziwa miłość jest raną. I tylko tak ją można odnaleźć w sobie, gdy czyjś ból boli człowieka jako jego ból."
Wiesław Myśliwski


                                Nigdy w życiu nie wierzyłem w istnienie tak pięknych obrazów oprawionych w złote ramy, firan uszytych z błyszczących kryształów, a także mebli w niesamowicie intensywnym, czarnym kolorze. Siedząc w gabinecie swojego przyszłego przełożonego, nie mogę oderwać wzroku od wszystkich ozdób, lecz doskonale wiem, że każda z nich to tylko marna przykrywka, opakowanie dla cierpienia i kłamstwo w czystej postaci.
                Mimo otaczającej mnie abstrakcji wciąż słyszę głośne krzyki więźniów, niemal namacalnie czuję cierpienie ofiar, ogromną bezradność wymieszaną z wyrzutami sumienia. Choć Wolf starał się ze wszystkich sił, nie zdołał zamienić mnie w zimną i obojętną bestię. Nie było już czasu na dalsze treningi. Musiałem stawić czoła wyzwaniu.
                Jestem piekielnie zdenerwowany, jednak na mojej twarzy maluje się wyłącznie zadowolenie. Przypominam małe dziecko, które właśnie dostało smakowitego lizaka. Szczerzę zęby w absurdalnym uśmiechu, jak na prawdziwego strażnika przystało. Gram rolę nieczułego i bezlitosnego oprawcy, który nie rozumie, że jeden cios w twarz może sprawić komuś niewyobrażalny ból.
                - Miło mi pana gościć w swoich skromnych czterech ścianach, panie Greese – mówi Russerhoff pełnym podziwu tonem, jednocześnie obracając w dłoniach kartę identyfikacyjną Rhena. Righla zgodziła się przelać na nią część swoich pieniędzy. Gdyby nie pomoc kobiety, nie przeszedłbym nawet wstępnego etapu kwalifikacji. Oczywiście wiem, że odzyska wszystko co do grosza, jednak dopóki będę uznawany za obcego wśród pozostałych strażników, muszę mieć się na baczności. Nigdy nie wiadomo, kiedy zostanę poproszony o pokazanie dokumentu potwierdzającego moją tożsamość.
                - To dla mnie wielki zaszczyt. Ćwiczyłem od miesięcy, by móc tu… - przerywam, kiedy do moich uszu dociera donośny jęk. Próbuję go ignorować, jednak dźwięk powtarza się po raz kolejny. Zapewne gdybym znajdował się w nieco innym miejscu, pomyślałbym, że lada chwila zostanę napadnięty przez ogromne zwierzę. Jednak to tylko złudzenie. Owa chrapliwa melodia wydobywa się z ust istoty myślącej, nie mam ku temu żadnych wątpliwości. Po prostu nigdy nie przypuszczałem, że człowiek jest w stanie zawyć tak rozpaczliwie.
                - Przywyknie pan – oznajmia Russerhof, najwyraźniej zauważając moją konsternację. Nagle wybucha nieoczekiwanym śmiechem. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego jest taki rozbawiony. Może próbuje zagłuszyć czyjś krzyk, może własne sumienie. Nie mogę jednak dłużej myśleć nad przyczyną jego zachowania, żeby uniknąć wszelkich podejrzeń, przez co po chwili również zaczynam chichotać. Strażnik mierzy mnie wzrokiem, piszcząc niczym niemowlę. Z czasem zdaję sobie sprawę, że bardziej przypomina opasłego knura przegrzebującego błoto w poszukiwaniu jedzenia. – Byłbym zapomniał… poproszę o deklarację potwierdzającą, że jest pan zaszczepiony przeciwko Mortem.
                Bez zastanowienia wyjmuję z torby nieco pogniecione, rzecz jasna fałszywe, oświadczenie. Widnieje na nim podpis i pieczątka nieistniejącego lekarza. Podaję świstek Russerhofowi. Choć ruch oporu posiadał kilka szczepionek, wszystkie zostały skradzione. Winowajcy do tej pory nie odnaleziono.
                - Wszystko się zgadza – mówi mężczyzna, głaszcząc dłonią swój gruby brzuch, który najwyraźniej rozbolał go od donośnego śmiechu.  – Teraz nareszcie możemy przejść do części praktycznej.
                O wszystkim mnie powiadomiono. Testy obejmują strzelanie do celu, trening fizyczny, a także wypowiedzenie przysięgi pod kontrolą eksperta od mikroekspresji, w otoczeniu kamer nagrywających każdą, nawet najdrobniejszą zmianę w mimice twarzy, a do tego sprawdzian z wiedzy medycznej przygotowany specjalnie dla osób startujących na stanowisko pielęgniarza. Choć w treningi włożyłem ogromną ilość energii, odnoszę nieodparte wrażenie, że popełnię pewien nieodwracalny błąd. Muszę wypaść perfekcyjnie. W przeciwnym wypadku pożegnam wszelkie szanse na uratowanie Soleil. Teraz albo nigdy. Rzucam się w przepaść. Spadam. Tonę. Uderzam głową o grunt. Podłoże. Miękki muł. Nadchodzi chaos. Chaos w mojej głowie.
                - Jestem gotów do rozpoczęcia szkolenia – oznajmiam, wstrzymując oddech.

                Cała sztuka kłamania polega głównie na wierze we własne słowa. Chwilowej, lecz maksymalnie pewnej. Nawet jeśli trzeba zgodzić się z potężnym absurdem, należy być pozbawionym wątpliwości, utracić poczucie realności. Na moment stać się zupełnie inną osobą.
                Moje prawdziwe „ja” zostaje stłamszone przez Rhena. Wytwór ludzkiego umysłu, wyimaginowaną postać, nierealnie istniejącą w rzeczywistym świecie. Zbudziłem go do życia w najbardziej nieidealny i niedoskonały sposób. Począwszy od dzisiejszego ranka, towarzyszy mi przez każdą sekundę.  Jest tą mroczną i nieczłowieczą częścią mnie, którą dawniej skrzętnie ukrywałem.
                Idę w kierunku niewielkiej szatni. Russerhoff powiedział mi, co zaraz nastąpi. Muszę zrzucić z siebie czarny garnitur pożyczony od Wolfa specjalnie na rozmowę kwalifikacyjną. Czuję się nieswojo w tak eleganckim kostiumie, dlatego z ulgą ściągam przyciasną marynarkę i resztę ubrań, zostawiając jedynie bieliznę. Przed sobą, na szerokiej drewnianej ławie, dostrzegam strój strażnika. Bez wahania ubieram luźny t-shirt i kamizelkę z niebieskim kołem przeciętym dwoma odcinkami, umieszczonym na żółtym tle – symbolem rządów Coppera. Następnie wkładam czarne spodnie oraz masywne buty podkute żelazem. Wszystko idzie dobrze, dopóki nie spoglądam w lustro.                                           
                Przez moment na mojej twarzy pojawia się wyraźny grymas obrzydzenia. Cały spokój i cisza zamienią się w krzyk, gdy tylko będę zmuszony do podniesienia ręki na któregoś z więźniów. Nie chcę tego. Nie wiem już, czego chcę, jednak nie mogę się wycofać. Nie mogę zdradzić przyjaciół. Nie mogę zawieść Soleil. Nadeszła pora, by postawić czyjeś szczęście ponad własnym.
                Wychodzę na korytarz, gdzie czeka na mnie jeden ze strażników. Bez zbędnych ceregieli chwyta moje ramię i prowadzi do pokoju oznaczonego numerem dwieście dziewięć. W głębi serca pragnę protestować, lecz nie przystaję ani na sekundę. Pewna nieznana siła sprawia, że wciąż trzymam się na nogach, choć jestem całkowicie sparaliżowany stresem. Jeśli teraz nie zdołam skupić myśli, wątpię, by udało mi się to podczas kolejnych testów. W głowie powtarzam słowa i porady Wolfa. Copper zdołał uporządkować społeczeństwo, które przez długi czas było pogrążone w chaosie. Copper dał mi możliwość odzyskania kontroli nad własnym życiem. Copper zapewnia pożywienie więźniom. Copper jest perfekcyjnym władcą.
                Prowadząc zaskakująco trudną grę z własnym umysłem, wreszcie udaje mi się oszukać samego siebie. Pozbawiony wszelkich wątpliwości mogę z ręką na sercu przysiąc, że obdarzam dyktatora bezgranicznym zaufaniem.
                Pierwszy test dotyczy wiedzy medycznej i jest zwykłą formalnością. W więzieniu nikt nie przywiązuje większej wagi do stanu zdrowia skazańców, dlatego zostaję poproszony jedynie o dopasowanie  objawów do poszczególnych chorób oraz wybranie odpowiednich metod leczenia. W szybkim tempie zaznaczam na kartce najprawdopodobniej poprawne odpowiedzi.                                                                                                                  
                Mimo że w pomieszczeniu znajduje się tylko jedno stanowisko, przez cały czas ktoś mnie obserwuje. Stopniowo zaczynam tracić poczucie bezpieczeństwa i niejednokrotnie muszę ugryźć się w język, by przypadkiem nie ujawnić swoich prawdziwych intencji. 
                Drewniana ławka i swoista niepewność przypominają mi o czasach szkoły podstawowej. W myślach przywołuję uśmiechnięte twarze kolegów, granatowe mundurki, nauczycieli poświęcających cenne godziny, by wykształcić młode pokolenie, a przede wszystkim beztroskość i nieuzasadnione szczęście. Zaczynam rozumieć, że tylko wtedy, będąc jeszcze nierozumnym dzieciakiem, potrafiłem z całych sił korzystać z życia. Nie wiem, czy głupota jest gwarancją radości, jednak gdybym mógł wybierać, bez wahania wyrzekłbym się wszelkiej wiedzy, by choć na krótki moment doświadczyć dawnej euforii.
                 Po piętnastu minutach odkładam długopis i podnoszę się z miejsca.
                Później nadchodzi pora na próbę celności. Mimo że wcześniej nie strzelałem z pistoletu, trafiam w sam środek. Niestety za drugim razem nie idzie mi już tak dobrze. Głośny huk działa niczym zimny prysznic. Wraz z nim powracają dawne obawy i wątpliwości. Długo potrafiłem skutecznie wierzyć w propagandę władzy, lecz teraz znów staję oko w oko z prawdą. Nagle wszystko wokół jest po tysiąckroć bardziej wyraźne, otaczające mnie kolory, a nawet światło fluorescencyjnej żarówki.  Gdy biorę do ręki giwerę, nie potrafię opanować drżenia dłoni. Kilka głębokich wdechów i przepraszający uśmiech stopniowo zaczynają denerwować kontrolującego mnie strażnika, dlatego, maksymalnie zdekoncentrowany, oddaję strzał. Pocisk zatrzymuje się na kraju tarczy. Z moich ust wyrywa się ciche przekleństwo.
                Po niemal trzech godzinach męczących testów czuję się niezmiernie wyczerpany. Marzę o solidnej drzemce lub przynajmniej gorącej kawie, podczas gdy muszę zaliczyć jeszcze jedną, najtrudniejszą próbę.
                Wzrok eksperta od mikroekspresji jest przenikliwy i irytujący. Mężczyzna od dobrych kilku sekund, nieprzerwanie, obserwuje moją twarz, zupełnie jakby dzięki temu mógł odkryć wszystkie tajemnice, które skrzętnie ukrywam na dnie własnego umysłu, tak głęboko, że nawet sam nie potrafię do nich dotrzeć.
                - Rozpoczynamy – oznajmia brodaty blondyn, dając znak strażnikowi zajmującemu się nagrywaniem moich poczynań. Gdy ekspert odwraca głowę, korzystając z niepowtarzalnej okazji, biorę głęboki oddech.
                Robiłem to przecież wiele razy. Identyczna postawa, te same gesty i wyuczona mimika twarzy. Słowa, które potrafiłbym wyrecytować bez zająknięcia, nawet gdybym został obudzony w środku nocy. A przede wszystkim niezłomna wiara w ich prawdziwość. Jednak doskonale zdaję sobie sprawę z nieuniknionego ryzyka. Jeśli przez ułamek sekundy okażę niedostrzegalną gołym okiem wrogość wobec Coppera, mogę zostać aresztowany.
                - Ja, Rhen Greese… - zaczynam, siląc się na spojrzenie w oczy mężczyzny. Przecież nie mam nic do ukrycia, prawda? - Wierny towarzysz i poddany najłaskawszego władcy, Ulyssesa Coppera, przysięgam służyć ojczyźnie i wypełniać powierzone mi zadanie dla dobra całego narodu – mówię zdecydowanie, choć wewnątrz jestem niesamowicie roztrzęsiony. Czuję, jak pewna wewnętrzna siła rozrywa mój umysł na drobne kawałki, szarpie go i pożera. Zniknął prawdziwy Corliss, ustąpił, poddał się. Jego miejsce zajął ktoś pozbawiony skrupułów. 
                - Ślubuję uczciwość i sprawiedliwość wobec rządzących, nawet w obliczu cierpienia, a także całkowite oddanie głowie państwa od narodzin aż do chwili śmierci.
                Jestem gotowy zrezygnować z wewnętrznego spokoju. Skaczę do paszczy lwa. Narażam się na codzienne koszmary, zarówno we śnie, jak i na jawie.
                Gdy milknę, wyraz twarzy eksperta ulega diametralnej zmianie. Podejrzliwe spojrzenie zamienia się w bijące z oczu ciepło, a usta, dawniej wykrzywione w grymasie, teraz uśmiechają się przyjaźnie.
                - Dziękuję za rozmowę – oznajmia, podnosząc się z krzesła. Po chwili zauważam, że wyciąga dłoń w moim kierunku. Chwytam ją bez najmniejszego zawahania.
                - Było miło – dodaję, czując, jak opuszcza mnie wcześniejsze napięcie. Zrzucam z własnych barków niemal niemożliwy do udźwignięcia ciężar, by najprawdopodobniej już jutro podjąć się o wiele trudniejszego zadania. Póki co jednak pragnę korzystać z ostatnich chwil wolności, a także całkowicie zapomnieć o własnej winie. Choć na krótki moment. W końcu w więzieniu Coppera będę niewolnikiem, niezależnie od tego, po której stronie krat stanę.
                Kiedy wychodzę na korytarz, dostrzegam rządek maszerujących więźniów, a w duchu ganię się za zbytni pośpiech. Pragnąłem za wszelką cenę odwlec w czasie moment spotkania ze skazańcami, jednak jest już za późno na zrobienie kroku w tył. Ich blade cery zlewają się z białą ścianą, a oczy na próżno błądzą po pomieszczeniu w poszukiwaniu ostatniej deski ratunku. Wszyscy razem przypominają cierpiące duchy ogarnięte żądzą zemsty. Na krótki moment próbuję odwrócić wzrok, lecz ich spojrzenia są hipnotyzujące. Wwiercają się w mój umysł, by zasiać w jego wnętrzu destrukcyjne wyrzuty sumienia. Przez to nie zauważam nawet, że Russerhoff wyszedł na korytarz, by móc klepać mnie po plecach swoją tłustą ręką.
                - Świetnie się pan spisał – oznajmia z podziwem. – Proszę przyjść jutro, a wtedy porozmawiamy o warunkach pańskiej pracy.
                - Czyli jestem przyjęty? – pytam, wybuchając entuzjastycznie.
                - Powiedziałem: porozmawiamy jutro.
                - Dobrze – dodaję, nieco skrępowany zachowaniem grubasa. – W takim razie ja już pójdę – mruczę pod nosem, a następnie odwracam się na pięcie w kierunku wyjścia. Jednak nie uchodzę nawet dwóch kroków, gdy coś przykuwa moją uwagę.
                Dostrzegam Soleil, a w zasadzie tylko jej cień, cząstkę ciała i resztki ducha. Muszę wytężyć wzrok, by uwierzyć, że widzę prawdziwego człowieka, nie jedynie plastikową kukłę. Miejsce jasnych włosów dziewczyny zajmuje teraz łysy placek, a zwiotczałe ręce, wyglądem przypominające puste worki, bezwładnie zwisają wzdłuż jej ciała. Nie patrzy w moim kierunku. Wzrok kobiety jest utkwiony w bliżej nieokreślonym miejscu. Kiedy otwiera usta, by wziąć głęboki oddech, zauważam, że w jej uzębieniu brakuje dwóch siekaczy i trzonowca.  Bardzo cierpi, nie mam ku temu żadnych wątpliwości. Cierpi, podczas gdy ja udaję obojętnego. Przecież powinienem jej pomóc! Jest zbyt wrażliwa i delikatna, nie może przebywać w tak okrutnym środowisku. Oni ją wykończą, zabiją jeszcze przed śmiercią fizyczną! Obiecałem sobie, że będę chronił Soleil za wszelką cenę. Dlaczego nie istnieje żadne inne wyjście? Odczuwam niewyobrażalny ból związany z bezradnością. Jedyne, co mogę robić w obecnej chwili, to patrzeć i czekać na poprawę sytuacji. Ale potrzeba działania przewyższa każdą inną. Pragnę wziąć w ramiona słabe ciało dziewczyny, przerwać tortury, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Coś, cokolwiek.
                Choć tęskniłem za jej obecnością, teraz oddałbym wszystko, by nie doszło do naszego spotkania. Nie czuję ulgi. Wręcz przeciwnie – wewnętrzne rozdarcie sprawia, że z trudem utrzymuję się na nogach. Nieoczekiwanie cała sytuacja ulega znacznemu pogorszeniu. Soleil, wyrwana z letargu, wbija we mnie swoje przerażone spojrzenie. Patrzę, jak na jej twarzy pojawia się grymas obrzydzenia, zupełnie jakby właśnie zobaczyła najbardziej ohydną rzecz pod słońcem.
                -Ty…! – wykrzykuje pogardliwie, po czym wyrywa się z żelaznego uścisku strażnika i biegnie w moją stronę. Próbuję jakoś zareagować, lecz to Russerhoff wykonuje pierwszy ruch. Jednym kopniakiem zwala ją z nóg. Słyszę, jak ciało Soleil z hukiem uderza o podłogę.
                - Patrz i ucz się – dodaje przełożony. Choć dziewczyna nie stanowi żadnego zagrożenia, grubas najwyraźniej lubuje się w zadawaniu cierpienia, dlatego bez zbędnych ceregieli przygniata swoim ciężkim buciorem nadgarstek Soleil. Do moich uszu dociera trzask łamanych kości.
                Nie wytrzymuję. Mimo że za wszelką cenę próbuję utrzymać emocje na wodzy, wewnątrz zaczynam krzyczeć i rozpaczliwie wyć. Zaciskam obie dłonie w pięści i wyobrażam sobie, że biję Russerhoffa, wykorzystując wszystkie, nawet najbrutalniejsze metody. Patrzę na jego ból z uśmiechem na twarzy, tak jak on teraz patrzy na cierpienie mojej przyjaciółki. Niestety podobne pragnienia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Tak naprawdę mogę jedynie przyglądać się skulonej sylwetce Soleil.  Z chęcią przyjąłbym na siebie każde uderzenie, by tylko ulżyć jej w cierpieniu, przytuliłbym do siebie zmęczone ciało i już nigdy nie wypuszczał go z objąć. Dałbym jej ciepło, szczęście, a przede wszystkim wolność, na którą niewątpliwie zasługuje.
                - Ty mała szmato… - syczy Russerhoff, raz po raz kopiąc Soleil w brzuch. Z ust kobiety wyrywa się cichy jęk, prośba o litość, całkowicie ignorowana przez oprawcę.
                Kręci mi się w głowie. Okrucieństwo strażnika sprawia, że przestaję myśleć o zasadach racjonalności. Dotykam ramienia mężczyzny, powstrzymując go przed wymierzeniem kolejnego ciosu. Po chwili zauważam na podłodze szkarłatną substancję. Z ust dziewczyny wypływają wymiociny zmieszane z krwią.
                - Już wystarczy – proszę, narażając się na niełaskę grubasa.
                - Nie będziesz mi mówił, co mam robić. Wynoś się! – krzyczy, wciąż pogrążony w chorej i zupełnie nieuzasadnionej furii. Przypuszczam, że wszelka szansa na zdobycie posady strażnika właśnie zyskała status nierealnego marzenia. Jednak nie byłem w stanie stać obojętnie. Kocham ją. W przeciwnym wypadku nie odczuwałbym tak silnego bólu, znacznie gorszego od tortur fizycznych. Wolałbym, żeby ktoś odciął mi rękę niż kazał patrzeć na cierpienie Sol.  Niestety świadomość jej opuszczenia wcale nie jest lepsza. Kiedy odejdę, zostawię ją samą, przerażoną i niezdolną do samoobrony.             
                Mimo wszystko postanawiam nie pogarszać sytuacji. Bez słowa przeprosin wybiegam z budynku. Na drżących nogach idę w kierunku umówionego miejsca spotkania z Wolfem. Kiedy docieram do celu, przypominam żywego ducha. Siadam na złamanym konarze drzewa i wpatruję się przed siebie z otępieniem. W myślach wracam do wydarzeń z więzienia. Odtwarzam je kawałek po kawałku, sekunda po sekundzie, jakby były zwykłym pełnometrażowym filmem, żywym i wyraźnym, nachalnie zakotwiczonym w pamięci.
                Nieoczekiwanie umysł zaczyna podsuwać mi nieco inne, szczęśliwsze obrazy.
                Padał śnieg. Po raz pierwszy od kilkunastu lat. Jasne, białe płatki wirowały w powietrzu, przywodząc na myśl miliony gwiazd usadowionych w naszej galaktyce. Ostatni raz miałem styczność z podobnym zjawiskiem atmosferycznym we wczesnym dzieciństwie, dlatego każda pojedyncza zamrożona kropla wody przywoływała coraz to nowe wspomnienie. Ramiona mamy, jej uśmiech, wspólne zabawy z Georgią, dobre rady taty, długie przesiadywanie przed kominkiem razem z resztą rodziny. Krótkie momenty, które wywoływały na mojej twarzy pogodny uśmiech. Były drobinami szczęścia przebijającymi się przez ponurą teraźniejszość. Oświetlały mroczną rzeczywistość. To właśnie dzięki nim wiedziałem, gdzie pójść i miałem siły do dalszej wędrówki.
                Moja siostra siedziała na plastikowym krześle, przytulona do niewielkiego kaloryfera – jedynego źródła ciepła w mieszkaniu. Od dobrych kilku tygodni musieliśmy spać w kurtkach, żeby uniknąć przeziębienia. Przypominaliśmy prawdziwe zombie. Zwłaszcza martwiło mnie zachowanie Soleil. Była blada i wymizerniała, jakby całkowicie straciła chęci do życia. Zostaliśmy współlokatorami dokładnie dwa miesiące temu, a dziewczyna jeszcze nie przywykła do mojej obecności. Za wszelką cenę próbowała się izolować, jednak realizacja jej starań graniczyła z niemożliwym. Nasze lokum składało się z jednej sypialni, kuchni i łazienki, więc wpadaliśmy na siebie prawie na każdym kroku.
                - Zobaczcie, dziewczyny! – krzyknąłem, uradowany niczym pięciolatek. Georgia gwałtownie poderwała się z krzesła, nieco zaskoczona moim nagłym wybuchem. Rehabilitacja sprawiła, że stanęła na nogi, lecz wciąż kuśtykała, szczególnie przy dłuższych dystansach. Gdy dotarła do okna, zaczęła obserwować płatki śniegu z koncentracją i niedowierzaniem. Po wojnie klimat zmienił się nie do poznania, a pogoda lubiła płatać podobne figle.
                - Nigdy nie widziałam czegoś tak pięknego – dodała, uśmiechając się szeroko. – Możemy wyjść na dwór? Proszę, Corliss… wolałabym już zachorować niż przegapić coś takiego – zaproponowała, a raczej rozkazała, gdyż, widząc jej radość, nie mogłem odmówić. Zależało mi na szczęściu Georgii bardziej niż na własnym, dlatego szanowałem każdy cień uśmiechu w życiu dziewczyny.
                - Tylko poczekaj chwilę – powiedziałam, po czym popędziłam w kierunku szafy. Narzuciłem na ramiona zamszową kurtkę i włożyłem stare, dziurawe buty. Wyjąłem także odpowiednie ubranie dla mojej siostry, żeby oszczędzić jej niepotrzebnego wysiłku. Trzymałem w dłoniach elegancką, czerwoną kurtkę dawniej należącą do mamy. Kiedy wyszedłem na korytarz, zauważyłem, że dziewczyna stała już przed drzwiami, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Choć niektórzy z pewnością uznaliby jej zachowanie za przejaw niedojrzałości, ja doskonale znałem prawdę. Georgia próbowała tylko odzyskać stracone lata. Cieszyłem się, że po wszystkich tragicznych wydarzeniach potrafiła czerpać z życia to, co najlepsze. Uważała za cud istnienie dnia i nocy, deszczu, wiatru i słońca. Uśmiechała się mimo ciągłego strachu, który tak często przejmował całkowitą kontrolę nad jej ciałem i umysłem.
                Moja siostra przyjęła nakrycie wierzchnie, włożyła je na siebie, po czym wymamrotała słowa podziękowania. Czekała, aż otworzę drzwi prowadzące na klatkę schodową. Ja jednak postanowiłem zafundować dziewczynie kolejny trening cierpliwości. Bez słowa pobiegłem do kuchni, gdzie w danej chwili przesiadywała Soleil.
                - Idziesz z nami – powiedziałem twardo.
                - Nie, dzięki. Zajmę się obiadem.
                Jej odmowa nie zaskoczyła mnie nawet w najmniejszym stopniu, dlatego nie dałem za wygraną.
                - To nie było pytanie.
                - Corliss, proszę cię…
                Nie miałem zamiaru słuchać dalszych wyjaśnień. Chwyciłem nadgarstek kobiety i ciągnąłem ją za sobą, by po chwili dołączyć do Georgii.
                Na zewnątrz wiał przenikliwy wiatr, a mróz sprawiał, że moja twarz zaczęła przypominać nabrzmiałego, czerwonego buraka. Mimo podobnych niedogodności z radością obserwowałem, jak moja siostra kręciła się dookoła własnej osi, wpatrując w zachmurzone niebo. Drobne płatki spadały na policzki rudowłosej dziewczyny, roztapiając się i skapując na ziemię. Postanowiłem jeszcze bardziej poprawić jej humor. Wziąłem do ręki garść śniegu, by następnie rzucić nim w Georgię.
                - Trafiłem! – wykrzyknąłem, uradowany. Na moje nieszczęście kobieta szybko przejęła inicjatywę i przygotowała się do rewanżu. Po upływie piętnastu minut nasze ubrania niemal zlewały się z białym otoczeniem. Usłyszałem nawet cichy śmiech Soleil, która, choć nie brała udziału w zabawie, wyglądała na szczęśliwą. Nie rozumiałem, dlaczego nie chciała do nas dołączyć. Może czuła się jak zwykły intruz, nieproszony gość?
                Wiedziałem, że nie mogę pozwolić, by myślała w podobny sposób, dlatego siłą zmusiłem ją do oderwania pleców od ściany budynku i korzystania z zimowego szaleństwa. Nie przewidziałem jednego, bardzo istotnego czynnika. Ze względu na ujemną temperaturę podłoże pokryło się śliskim lodem. Wystarczyło, że odszedłem kilka kroków do tyłu, by stracić równowagę i upaść na ziemię, przy okazji niefortunnie uderzając głową o grunt.
                Nawet nie zauważyłem, że Sol zmiażdżyła mnie swoim ciałem.
                - Nic ci nie jest? – zapytała zmartwionym głosem, dotykając moich zziębniętych policzków.
                Gdy już odzyskałem kontrolę nad sobą, zaprzeczyłem. Musiałem przyznać, że chyba po raz pierwszy byłem w stanie ujrzeć twarz dziewczyny w pełnej okazałości. Wcześniej zwykle odwracała wzrok lub nawet przechodziła do innego pokoju.
                Mimo młodego wieku wyglądała nad wyraz dojrzale. Miała duże, jasnoniebieskie oczy, które okalała korona cienkich rzęs. Jej zarumienione policzki kontrastowały z prawie białymi, zwykle rozczochranymi włosami. Może nie należała do szczególnie urodziwych kobiet, jednak coś sprawiało, że bardzo lubiłem na nią patrzeć.
                - Przeżyłem – oznajmiłem, jednocześnie uśmiechając się szeroko. Nie myśląc zbyt długo, owinąłem wokół palca zbłąkany kosmyk włosów dziewczyny. Nie protestowała. Mógłbym nawet przysiąc, że moja obecność nie była dla niej niczym krępującym.
                I wtedy to pojąłem.
                Powoli zaczynało mi zależeć na drugim człowieku. Doskonale znałem destrukcyjne działanie tego procesu, który, niezależnie od pozostałych czynników, zawsze kończył się bólem i cierpieniem. Postanowiłem więc wprowadzić w życie środki zapobiegawcze, póki jeszcze nie było za późno. Soleil również w porę się opamiętała. Stanęła na równe nogi, otrzepała ubranie ze śniegu i wróciła do mieszkania.
                Od tej pory podobna sytuacja nie powtórzyła się ani razu. W opozycji nasza codzienność została wypełniona przez kłótnie i nieustające sprzeczki, które wbrew pozorom zapewniały mi względne poczucie bezpieczeństwa.
                - Powinienem był jej pomóc o wiele wcześniej – szepczę, udając, że nikt mnie nie słyszy, choć jakiś czas temu zdałem sobie sprawę z obecności Wolfa.
                - Jeszcze wszystko naprawisz – zapewnia przyjaciel, kładąc mi rękę na ramieniu. Rzekomo krzepiący gest mężczyzny wywołuje kolejną falę wściekłości.
                - Katowali ją na moich oczach! – wrzeszczę, całkowicie ignorując fakt, że ktoś może podsłuchać naszą rozmowę.
                - Ucisz się – syczy blondyn, lecz nie mam zamiaru go słuchać.

                Wyobrażam sobie, że jestem jedyną żyjącą istotą na tym pustkowiu. Oddaję się zimnym ramionom Cierpienia. Pozwalam, by Ból mnie otulił i przyniósł zapomnienie. Jeśli pogrążę się we własnym strachu, odetchnę z ulgą. Tylko wtedy, przynajmniej w pewnym stopniu, poczuję to, co Soleil.