czwartek, 28 marca 2013

Rozdział I


"Je­dynym bólem ja­ki prze­raża mnie w śmier­ci, jest to, że można um­rzeć nie z miłości."
Gabriel García Márquez

                Pamiętam ten dzień tak, jakby to było wczoraj. Nic dziwnego, że wspomnienie o śmierci rodzicielki wciąż nawiedza mnie w snach. Nawet po tak wielu latach nie potrafię odpędzić bolesnych myśli. Zamykam oczy i w przeciągu kilku minut niezmiennie widzę identyczny obraz.
                Doskonale wiedziałam, co miało za chwilę nastąpić, lecz jakby wbrew wszystkiemu nie chciałam w to uwierzyć. Mama świętowała swoje trzydzieste urodziny. Tym razem jednak nikt nie miał okazji wręczyć jej prezentu. Ona i tata rozwiedli się po dwóch miesiącach. Można powiedzieć, że małżeństwo było  tylko zwykłą formalnością, złem koniecznym, za to dzieci stały się gwarancją przetrwania gatunku, przez co niektóre kobiety opiekowały się ośmiorgiem, czasem nawet dziesięciorgiem. Ja, jako jedna z nielicznych, byłam jedynaczką.
                 Siedziałam na krześle obok cioci Marlene. To ona po śmierci mojej rodzicielki miała się mną zająć. Jej długie blond włosy sięgały pasa, a oczy sprawiały wrażenie ogromnych. Zostało jej jeszcze sześć lat życia.
                Obie byłyśmy ubrane w czarne, eleganckie sukienki. Mama natomiast przez kilkanaście minut głaskała mnie po policzkach, jakby ucząc się na pamięć zarysu mojej twarzy. Pragnęła, by ten obraz pozostał w jej umyśle, gdy nadejdzie śmierć. Nie płakała. Przypuszczałam, że nie bała się bólu. Po prostu nie chciała zostawiać mnie samej. Powtarzała, że dam sobie radę, w co nie wierzyłam nawet przez sekundę. Wiedziałam, że nigdy nie zaufam Marlene na tyle, by powierzyć jej swoje sekrety, że prędzej czy później wyląduję na ulicy i jedynym, co pomoże mi się ogrzać, będzie wspomnienie o życiu rodzicielki. Mimo wszystko milczałam jak grób. Cisza była piękna, lecz krótkotrwała. Zaledwie kilka minut dzieliło nas od północy.
                Kocham cię, szepnęłam i przytuliłam mocno wychudzone ciało kobiety, które zawsze uważałam za najsilniejsze. Nie chciałam jej puścić, nawet gdy zaczęła się przeraźliwie trząść, jakby dostała ataku padaczki. Marlene jednak odciągnęła mnie od niej gwałtownym ruchem.  Zdałam sobie sprawę, że zapomniałam, jakiego koloru były oczy mamy.
                Gdy Margaret McIntosh zastygła w bezruchu, niewyobrażalnie blada, zaczęłam się bać. Wcześniej pozostawał we mnie cień nadziei, że jakimś cudem uda jej się przejść przez granicę i pozostać przy życiu. Teraz byłam jednocześnie zaskoczona, przerażona i smutna. Żałowałam, że nie potrafiłam uśmierzyć jej bólu. Pragnęłam odejść, zamknąć się w swoim pokoju i udawać, że nic się nie zmieniło. Byłam zbyt otępiała, by uwolnić łzy. Wstałam z krzesła i chwiejnym krokiem pobiegłam w stronę kuchni, lecz ciocia mnie zatrzymała. Powiedziała, że nie chce zostać z tym wszystkim sama. Zamknęła moją maleńką dłoń w swojej dużej ręce. Zrozumiałam.
                Mama po prostu odeszła, zostawiając wszystko, co dawniej było jej całym światem. Pożegnała się. Nie miała innego wyboru. Jak każdy człowiek przechadzała się ścieżkami życia, by następnie poznać krainę wieczności. Wiedziałam, że przez najbliższe kilka lat będę budziła się z przekonaniem, że ona śpi w sąsiednim pokoju czy też czeka na mnie z gotowym śniadaniem. A później powrócę do rzeczywistości i ogarnie mnie wewnętrzna pustka. Stopniowo będę traciła kolejne bliskie mi osoby, aż w końcu zostanę sama jak palec, bez nadziei, w oczekiwaniu na koniec.
                Czuwałyśmy do rana. Żadna z nas nie zmrużyła oka nawet na chwilę. Wpatrywałyśmy się w sylwetkę blondynki. Jej włosy, ułożone w wysoki kok, poszarzały. Zastanawiałam się, czy to przez światło wschodzącego słońca, czy raczej przez mój umysł przepełniony negatywnymi myślami. Okrywająca ją biała sukienka jeszcze bardziej uświadamiała mi fakt, że wszystko stało się zbyt szybko. Naprzeciwko mnie stała drewniana trumna. Marlene jednak nie była w stanie przenieść do niej martwego ciała.
                Poczułam, jak wzrastało we mnie coś niepowtarzalnego. Bunt przed czymś, czego nie mogłam zmienić. Obrzydzenie do miłości, która, prędzej czy później, kończyła się cierpieniem. Wiedziałam, że samotność nie mogła przynieść mi szczęścia, lecz ochraniała mnie przed bolesnym zderzeniem z prawdą.
                Mamy trzydzieści lat na miłość, szczęście, smutek, cierpienie, radość. Mamy trzydzieści lat na życie. Ani chwili dłużej, ani chwili krócej. Nawet najtragiczniejszy wypadek nie jest w stanie nas uśmiercić. Żyjemy w bólu, nieświadomości, balansując na cienkiej granicy pomiędzy życiem a  śmiercią, której nie możemy przekroczyć. Jesteśmy niezniszczalni do trzydziestych urodzin. Ten krótki okres potrafi czasem ciągnąć się w nieskończoność. Szczególnie wtedy, gdy jesteśmy świadomi, że znaleźliśmy się na tym świecie tylko po to, by umrzeć.
                Sen o przeszłości po raz kolejny wyrywa mnie z drzemki. Oddycham głęboko, jakby po długim biegu. Całe szczęście moi współlokatorzy, Corliss i Georgia, śpią jak susły. Pracujemy razem w klinice leczenia bólu w Bittlemberg,  małym państwie leżącym na terenie dawnej Ameryki Południowej. Mimo że nie jesteśmy bezrobotni, brakuje nam pieniędzy na utrzymanie domu. Spadki po mamie i cioci wystarczyły tylko na cztery lata. Dzielenie się funduszami i mieszkanie w jednym pokoju w niewielkim motelu jest zdecydowanie tańsze.
                Po III Wojnie Światowej rozpoczął się podział narodów na coraz mniejsze części. Ludzie tęsknili za swoim miejscem na ziemi, za kulturą, dlatego też domagali się niezależności. Niestety młodzi zarządcy nie radzili sobie ze swoimi obowiązkami, wprowadzali niekorzystne ustawy, przez co wyodrębniły się dwie grupy społeczne: bogaci i biedni. Jedni odgrodzili się od drugich mentalnym murem, zupełnie jakby każdy należał do innego gatunku. System edukacji również uległ znaczącym zmianom. Istnieją teraz tylko trzy rodzaje szkół: podstawowa, rozpoczynająca się od szóstego roku życia, a kończąca na trzynastym; średnia – trwająca cztery lata - oraz płatny college. Większość ludzi zalicza jedynie dwa pierwsze etapy. Później nadchodzi pora na znalezienie pracy. Najbardziej opłacalne jest zatrudnienie w prywatnej firmie rozwożącej żywność czy też inne artykuły. Niestety tylko nielicznym udaje się otrzymać tę posadę. Dla mniej majętnych źródłem zarobku staje się opieka nad chorymi w klinikach leczenia bólu, dawnych szpitalach.
                Jedynym człowiekiem, który przekroczył trzydziestoletnią granicę, jest Ulysses Copper, stulatek i jednocześnie najbogatszy człowieka na całym globie, znany ze skąpstwa i ekscentrycznych pomysłów. Nikt nie wie, jakim cudem zdołał oszukać śmierć. Niektórzy twierdzą, że to kwestia przypadku, inni, że zafundował sobie kosztowną operację i odwrócił działanie bomby atomowej. Przeczuwam jednak, że to przez swoją decyzję stał się tak wielkim złoczyńcą. Długowieczność to zwykły chwyt marketingowy. Początkowo jesteśmy zadowoleni ze swojego zakupu, jednak gdy poznamy jego pozytywne i negatywne strony, rozczarowujemy się i mamy ochotę wyrzucić dany produkt przez okno. Życia jednak nie pozbędziemy się tak łatwo. Ono będzie podążało za nami jak złowieszczy duch, dopóki samo nie zechce odejść.
                Leżymy na twardych materacach, rozrzuceni po całym pokoju. Do ścian pomieszczenia przyklejono tapetę w kwiaty, częściowo zdartą przez poprzednich lokatorów.  Wystarczy jeden krok, by usłyszeć skrzypienie podłogi. Nade mną wisi lampa z wypaloną żarówką. Jest mi zimno. Od czasu do czasu dodatkowo czuję wiatr przedzierający się przez nieszczelne okna. Na suficie odbijają się szumiące drzewa oświetlone przez latarnie. Wiem, że nie mogę dłużej leżeć bezczynnie. Wstaję i kieruję się w stronę wyjścia. Momentalnie drętwieję w zetknięciu z tak niską temperaturą, lecz nie mam zamiaru wracać. Po ulicy jak zwykle spaceruje wielu ludzi. Nie chcę już dłużej na nich patrzeć, choć nie są niczemu winni. Mam jednak pretensje do osób, które wkroczyły w paradę matce naturze. Zrzucili ją z tronu, choć nie mieli pojęcia o podstawowych prawach rządzących światem. Przecież oni też mieli dzieci. Wiedzieli, że skażą je na ogromny ból, skrócą ich życie. Mimo to nie zawahali się przed naciśnięciem przycisku aktywującego bombę. Udowodnili, że są w stanie zniszczyć wszystko, na co niektórzy pracowali przez wiele lat. Pokazali, że potrafią być źli do szpiku kości.
                Boję się, że w każdym, nawet najbardziej niewinnym człowieku tkwi siła zdolna popchnąć go do tak podłych czynów. Wypłynie na wierzch w chwilach słabości, wykorzystując brak racjonalnego myślenia. Stanie się cichym głosem w głowie powtarzającym, że to tylko zwykła zabawa pomagająca w rozładowaniu emocji. Później jednak przyjdą nieuchronne konsekwencje, których uniknięcie będzie porównywalne z niemożliwym.
                Nagle zauważam kobietę wybiegającą na ulicę z głośnym krzykiem. Rudowłosa pędzi prosto przed siebie, nie zważając na jadące samochody. W pewnym momencie jeden z pojazdów uderza w jej ciało z ogromną siłą. Drobna postać upada na ziemię.
                Zaczynam się bać i, mimo długiego stażu w klinice, przez jakiś czas stoję otępiała, analizując zachowanie poszkodowanej. Nie rozumiem, co skłoniło ją do takiego czynu. Ludzie różnie reagują na śmierć bliskich osób, lecz nigdy tak gwałtownie. Co prawda każdy zdaje sobie sprawę z ulotności życia, jednak jego koniec zawsze wiąże się z ogromnym zaskoczeniem.
                Przypominam sobie szkolne czasy, kilkuletnie dziewczynki siedzące na ławce ustawionej naprzeciwko dużego okna, przez które w godzinach popołudniowych wpadało rażące światło słońca. Ich włosy splecione w dwa warkoczyki, ładnie wyprasowane sukienki w szkocką kratkę i uśmiech pełen nadziei. Pamiętam, jak plotkowały o Copperze. Snuły różnorakie wnioski i wymyślały często niestworzone historie.
                Czasem marzę, by powrócić do tamtych lat, znów stać się kimś tak beztroskim i szczęśliwym, jednak po dłuższej refleksji zdaję sobie sprawę, że nawet moje dzieciństwo było przepełnione myślami o końcu. Ten wątek przewijał się przez każdą rozmowę, westchnienie, spojrzenie niewinnych oczu.
                Wszystko jest tylko nieudaną próbą ucieczki od rzeczywistości. Mogę rozglądać się po kątach, lecz każdy z nich zdążył już przesiąknąć prawdą.
                Wchodzę z powrotem do pokoju, by obudzić Corlissa. Szturcham go w ramię. Mężczyzna reaguje dopiero po kilku sekundach.
                – Wstawaj, jakaś kobieta wpadła pod auto. Powinniśmy jej pomóc – szepczę. Nie chcę denerwować śpiącej Georgii. Wiem, jak każdej nocy modli się o zmrużenie oczu. Zwykle ucieka nawet przed własnym cieniem. Teraz wygląda na spokojną. Corliss mówił, że ostatni raz widział ją pogrążoną w błogostanie w klinice, po jej nieudanej próbie samobójczej. Tyle tylko, że wtedy nie panowała nad swoim ciałem. Skoczyła z mostu. Przez jeden krótki moment uwierzyła, że ma kontrolę nad całym światem. Jeden krótki moment diametralnie zmienił jej życie.
                –Co? – dopytuje się Corliss.
                Przeciera oczy rękami. Nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się wokół.
                – Zobaczysz.
                Nie mam zamiaru tłumaczyć wszystkiego po raz kolejny. Ciągnę go za rękę. Jestem silna jak na dwudziestotrzyletnią, chudą kobietę. Po chwili oboje opuszczamy zdemolowany pokój. Zbiegamy na dół po drewnianych schodach. Droga dłuży się w nieskończoność. W końcu wychodzimy na zewnątrz.
                Kierowca samochodu, który potrącił rudowłosą dziewczynę, stoi teraz nad nią i opatruje jedną z jej ran swoją bluzą.
                – Nie mogłem nic zrobić, ona… po prostu wybiegła – mruczy pod nosem. Jego słowa są  skierowane do niewidzialnego adresata.
                – Proszę ją zabrać do kliniki – rozkazuję.
                Nieznajomy mężczyzna kiwa głową. Jest roztrzęsiony. Przypatruję się jego drżącym dłoniom. Nie wydaje mi się, by był w stanie wykonać moje polecenie, dlatego Corliss pomaga mu przenieść kobietę do pojazdu, po czym sam siada za kierownicą. Zapala silnik. Nie wiedziałam, że potrafi prowadzić. Jak widać z pozoru zbędne umiejętności przydają się w nagłych wypadkach. Ja i obcy człowiek zajmujemy miejsca z tyłu, po obu stronach poszkodowanej.
                Jedziemy w milczeniu. Do moich uszu dociera jedynie cichy odgłos radia, zachrypnięty głos spikera. W szybie samochodu dostrzegam własne odbicie. Duże, niebieskie oczy, szczupłą twarz i rozczochrane blond włosy sięgające ramion.
                Do czego jesteśmy zdolni? Czy to właśnie nasze emocje kierują nami jak marionetkami? Wystarczy chwila euforii, rozpacz, złość, by zatracić się w korytarzach umysłu. Po przekroczeniu pewnej granicy nasza reputacja czy moralność stają się nieważne. Jesteśmy zwierzętami mającymi jedynie instynkt, bestiami pozbawionymi uczuć.
                Moje refleksje przerywa głos Ulyssesa Coppera dobiegający z głośników. Jego postać nie zwiastuje niczego dobrego. Momentalnie drętwieję w oczekiwaniu na werdykt. Corliss pogłaśnia radio. Sama nie wiem, dlaczego tak nagle zaczęłam się bać. Przecież to, co usłyszę, nie zmieni mojego życia, jedynie utwierdzi  mnie w przekonaniu o głupocie świata.
                Mylę się. Słowa stulatka przechodzą moje najśmielsze oczekiwania. Copper uruchomił machinę, której zatrzymanie będzie porównywalne z niemożliwym.
***
Rozdział zbetowany przez Flightless
No to pierwsza notka :) Liczę na wasze szczerze opinie. Zapraszam do zadawania pytań bohaterom oraz głosowania w ankiecie.
Życzę wesołych świąt!