niedziela, 22 września 2013

Rozdział VIII

"Ludzie boją się śmier­ci bar­dziej na­wet niż bólu. To dziw­ne, że się jej boją. Życie bo­li dużo bar­dziej niż śmierć. W mo­men­cie śmier­ci, ból się kończy. Więc ko­niec to chy­ba twój przyjaciel."
Jim Morrison

                Corliss dogania mnie po dłuższym czasie. Oboje nie jesteśmy zbyt szybcy przez kontuzje, którym ulegliśmy. Kierujemy się w stronę centrum Sartonii, a w zasadzie tylko idziemy za tłumem, jednocześnie licząc na to, że wśród ludzi zdołamy dojrzeć czuprynę Georgii.
Wiem, że w każdym momencie mogę się zarazić, dlatego dyskretnie zakrywam usta kawałkiem bluzki. Nagle moim oczom ukazuje się szczupła i przygarbiona, rudowłosa istota.
- To ona! – mówię do chłopaka, rozentuzjazmowana. Choć wolałam nie wierzyć, że w ogóle ją zgubiliśmy, na krótki moment uległam tej myśli. Corliss, nie zwlekając dłużej, łapie mnie za rękę i ciągnie w stronę dziewczyny. Dotyk jego dłoni jest krępujący, jednak daje mi poczucie bezpieczeństwa. Dzięki niemu nie zabłądzę.  Gdyby tylko trzymał mnie tak od samego początku, nie byłabym zmuszona do szukania własnej duszy w odmętach czasoprzestrzeni, ale przecież nie mam prawa obwiniać go o moją wewnętrzną autodestrukcję.
- Georgia… - zaczyna mężczyzna. – Jeszcze raz naprawdę cię przepraszamy, jednak uważamy, że powinnaś…
Nie kończy zdania. Kobieta odwraca się w jego stronę i, ku zaskoczeniu nas obojga, okazuje się, że nie jest siostrą Corlissa.
- Przepraszam, pomyliłem panią z kimś – szepcze wyraźnie zawiedziony mężczyzna. Nie potrafi ukryć swojego zdenerwowania. Ja również zaczynam panikować, jednak ostatecznie zachowuję zimną krew. Wiem, że emocje tylko przeszkodzą mi w poszukiwaniach. 
- Wszystko będzie dobrze – dodaję, delikatnie dotykając jego ramienia, zupełnie jakby był jakimś płochym zwierzęciem. Sama nie wiem, skąd u mnie ten nagły przypływ empatii. Może po prostu zrozumiałam, że mój ból jest niczym w porównaniu z cierpieniem Corlissa. To on codziennie przyglądał się swojej „znikającej” siostrze, a następnie przywrócił ją do życia. Ufam, że tym razem nie straci kogoś, kto znaczy dla niego tak wiele.
- Oczywiście – mówi, próbując pocieszyć samego siebie. Na jego twarzy pojawia się pełen nadziei, acz wciąż smutny uśmiech. Nie ma prawa spodziewać się najgorszego, bo bezczelnie zataiłam przed nim całą prawdę. Może jedynie snuć różnorakie domysły. Pragnę wierzyć w swoją niewinność, lecz z minuty na minutę coraz silniej atakują mnie wyrzuty sumienia.
A co, jeśli Georgia umrze?
Nie mam zamiaru o tym myśleć. Nawet nie potrafię. To niemożliwe, że ktoś, kogo widuję codziennie, kogo uważam za członka rodziny, może tak po prostu odejść. I to na zawsze. Jestem pesymistką i najprawdopodobniej nic takiego się nie stanie, jednak podobna wizja nie chce opuścić mojego umysłu.  Przez cały czas żyłam ze świadomością, że śmierć nie atakuje znienacka. Czeka na ściśle wyznaczony moment, by zabrać swoją ofiarę. Jest zapowiedzianym gościem, który zawsze przychodzi nie w porę. Jej nadejście nieuchronnie wiąże się z ogromem cierpienia. 
Pamiętam, jak przeżywałam dni przed odejściem mamy. Spędzałam z nią każdą wolną chwilę. Nie spałam, bojąc się, że gdy wstanę z łóżka następnego dnia, jej już nie będzie, że jakimś cudem przegapię wizytę śmierci.  Nic nie mówiłam. Słowa więzły mi w gardle, choć w głowie układałam scenariusze naszych rozmów. Było zbyt wiele tematów, które chciałam poruszyć. Nie wiedziałam, od czego zacząć. Ostatecznie tylko siedziałam, patrząc na nią, a w zasadzie modląc się o odegnanie snu. Nawet po tylu godzinach spędzonych sam na sam z moją rodzicielką nie zdążyłam nauczyć się na pamięć jej twarzy. Czasem myślałam nad tym, co by było, gdyby odeszła niepostrzeżenie, wymknęła się z tego świata na wieczną przejażdżkę. Pragnęłam tego przede wszystkim dla niej, nawet za cenę ostatniego pożegnania.
- Idziemy. Musimy się przedostać na drugą stronę – komenderuje Corliss. Momentalnie wracam na ziemię. Mężczyzna ponownie łapie mnie za rękę i ciągnie w kierunku tłumu. Na rynku w Sartonii zgromadziły się setki osób. Ich ciała stykają się ze sobą, zupełnie jakby podobny kontakt nie stanowił żadnego zagrożenia. Najwyraźniej wszyscy są zaszczepieni. Wszyscy z wyjątkiem kilku istot leżących na ziemi i najprawdopodobniej wijących się z bólu.
Jeden z nich to mężczyzna w podeszłym wieku, może mieć około dwudziestu ośmiu lat. Ludzie omijają go szerokim łukiem, nie poświęcając brunetowi ani chwili uwagi, zupełnie jakby był bezwartościowym śmieciem nadającym się jedynie do wyrzucenia. Druga to kobieta, nastolatka. Resztkami sił nabiera powietrza przez nos, zanim weźmie swój ostatni oddech.
Za niedługo i ja dołączę do tego grona, jeśli nie sprzeciwię się rozkazowi Corlissa. Wiem, że zamieszkanie z Righlą było równie ryzykowne, jednak w tamtym momencie nie miałam innego wyjścia. Od początku dziwił mnie jej dystans do bakterii Coppera. Na miejscu kobiety nigdy nie zgodziłabym się na podobną wycieczkę w towarzystwie dzieci.  Zupełnie jakby członkowie jej rodziny byli zabezpieczeni.
- Nie powinniśmy tam iść – wybucham, wyrywając się z uścisku mężczyzny.
- Dlaczego?! Przecież tam jest Georgia! – mówi z zaskoczeniem.
Nadszedł moment prawdy. Nie ma sensu dłużej bawić się w chowanego, skoro zaczynam rozumieć, że kłamstwo prowadzi jedynie do nieprzyjemnych komplikacji. Wolę usłyszeć tonę obelg wypływających z jego ust. Zasługuję na nie. Przecież gdyby nie moja chęć posiadania Mortem, nie musielibyśmy tak okrutnie kłamać, ukrywając przed sobą nasze małe światy.
- Pamiętasz ten artykuł w gazecie: „Lekarstwo na życie poszerza zasięg swojego działania”... ta choroba, śmierć, jest zaraźliwa… - szepczę, starając się nie patrzeć mu w oczy. W myślach błagam, by mnie uderzył, jakby cierpienie fizyczne mogło wszystko zmienić.
On jednak nie reaguje. Milczy przez dłuższą chwilę, by po chwili ponownie pociągnąć mnie w kierunku tłumu.
Szukamy jej przez następną godzinę. Po drodze spotykamy Righlę wracającą z supermarketu. Obiecuje, że pomoże nam w poszukiwaniach. W przeciwnym wypadku mamy się spotkać przy jej samochodzie po zachodzie słońca.
Nigdzie ani śladu Georgii. Zaczynamy pytać przechodniów. Każdy z nich każe nam iść w innym kierunku lub po prostu mówi, że w ostatnim czasie widział zbyt wiele rudowłosych i niskich kobiet. Nasze zdenerwowanie sięga zenitu, jednak nie poddajemy się. Przebłyski nadziei dodają nam sił, sprawiają, że nie myślimy o porażce. Nawet zmęczenie nie jest w stanie nas powstrzymać. Kiedy niebo przybiera granatowy odcień, nie wracamy. W myślach modlimy się o to, by dzień był choć odrobinę dłuższy. Czas jednak biegnie nieubłaganie i ostatecznie docieramy do samochodu Righli.
- Zostajemy na noc – oznajmiam, patrząc kątem oka na zniecierpliwione i hałasujące dzieci kobiety, najwyraźniej niezdające sobie sprawy z powagi sytuacji.
- Z chęcią bym wam pomogła, gdyby nie inne obowiązki… - szepcze. W jej oczach dostrzegam smutek i coś na wzór współczucia.
- Rozumiemy. Odpocznij trochę – dodaję.
- Wrócę po was z samego rana. Dobranoc – żegna się, po czym wsiada do samochodu, zapala silnik i odjeżdża.
Zostawia nas samych. Po jej odejściu jestem w pełni ogarnięta paniką. To niemożliwe, że siostra Corlissa „spaceruje” tak długo. Zgubiliśmy ją na dobre. Choć ulice już prawie opustoszały, ona wciąż pozostaje w ukryciu. Zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu, cicho i niepostrzeżenie jak spadająca gwiazda. Nie powinnam była pozwolić jej odejść. Przecież znałam ryzyko, jednak chciałam ponieść karę za swoje błędy. Chciałam poczuć strach.
Zmieniłam się nie do poznania. Kłamstwo sprawiło, że spojrzałam na otaczający mnie świat z innej, fałszywej perspektywy. Każda decyzja, którą podejmuję, przynosi teraz same negatywne konsekwencje. Jestem tykającą bombą zegarową. Mogę w każdej chwili wybuchnąć.
Siadam na zimnej posadzce i chowam twarz w dłoniach.
- Corliss… to już koniec. Zorientowaliśmy się zbyt późno. Powinnam była ci o wszystkim…
- Tak, Soleil. Oboje powinniśmy być bardziej prawdomówni. Ale nie wrócisz do przeszłości. Powiedz mi tylko… powiedz, że ona wróci. – Kuca naprzeciwko mnie, chwyta mój podbródek i zmusza, bym spojrzała mu w oczy.  – Powiedz prawdę.
Wiem, że to go zniszczy, ale nie mogę już dłużej kłamać. Niezależnie od tego, którą opcję wybiorę, polegnę. Otwieram usta, by odpowiedzieć, kiedy słyszę ciche pokasływanie. Momentalnie odwracam głowę w kierunku źródła dźwięku.
Widzę Ją. Wygląda inaczej niż zwykle. Z jej twarzy zniknęły wszystkie kolory. Czołga się po ziemi, trzymając za gardło. Bełkocze coś, czego nie potrafię zrozumieć. Jej włosy są pozlepiane krwią. Jest przerażająca. Cudem zmuszam się do tego, by na nią patrzeć. W końcu to ta sama osoba, którą widuję niemal codziennie. Ta sama, a jednak zupełnie inna.
Dziewczyna kaszle po raz kolejny, a z jej ust wypływa szkarłatna substancja.
- Nie! – słyszę głos Corlissa. Chłopak zaczyna biec w kierunku swojej siostry, dlatego podstawiam mu nogę. Wpada w pułapkę, po czym z trudem podnosi się na drżących rękach i siada kilka metrów od dziewczyny. Rozumiem, że życie Georgii znaczy dla niego znacznie więcej niż jego własne, jednak nie mogę pozwolić mu na dobrowolne oddanie się w ramiona śmierci. Potrzebuję go.
Chcę wierzyć, że zaszła pomyłka. Przecież człowiek nie zmienia się tak drastycznie w przeciągu kilku godzin. Jesteśmy znacznie bardziej skomplikowani. Każda komórka naszego ciała, każda tkanka nie może istnieć bez poszczególnych narządów. A jednak ktoś zdołał oszukać matkę naturę. Ktoś, dla kogo pragnę się poświęcić.
Na myśl o mnie i Ulyssesie Copperze mam ochotę zwymiotować. Georgia zaraz zniknie. Tak jak dawniej mama, jak wszyscy, których znałam. Nie pożegnam jej, ponieważ wyrzuty sumienia odbiorą mi głos. Od chorego ciała dziewczyny dzieli nas niedostrzegalna bariera. Wszyscy pragniemy ją przekroczyć, jednak za bardzo się kochamy. To miłość jest blokadą. Nie chcemy zadać sobie bólu. A tęsknota za utraconym życiem już zdążyła w nas zakiełkować.
Znów czuję zimny podmuch śmierci pochodzący od Georgii. Tym razem to nie tylko moja wyobraźnia, lecz rzeczywistość, spełnienie sennych koszmarów. Kontrolowanie życia ma swoją cenę. Zbyt wysoką, jednak klamka już zapadła. Nie zmienię swojej decyzji, nie cofnę się do przeszłości, nie powiem prawdy mojej przyjaciółce, nie zostanę w Bittlemberg. Wszystko, co zdążyłam zbudować, przepadło. Podliczając straty i zyski, nie warto było zaczynać tej chorej rozgrywki.
Corliss wyciąga rękę w jej kierunku, mimo to nie dotyka swojej siostry. Nie musi tego robić. Na miejscu dziewczyny zostało tylko ciało i resztki ducha. Prawdziwej Georgii już tam nie ma.
- Przepraszam za wszystko – mówię pospiesznie, wciąż uciekając przed czasem. – Musisz zrozumieć, że kocham cię jak siostrę.  Nie zostawiaj nas teraz, kiedy wszystko zaczęło się układać… - bełkoczę, lecz nie jestem pewna, czy kobieta mnie słyszy. Wygląda na zdezorientowaną. Rozgląda się dookoła. Zaczynam rozumieć, że chce, byśmy odwrócili wzrok i nie patrzyli na jej śmierć.
Choć na ziemi żyje sześć miliardów ludzi, nagle istnienie jednej osoby stało się dla mnie tak niesamowicie ważne, jakby bez niej wszystko inne miałoby dobiec końca.  Kiedy pozostaję zamknięta w swoim małym świecie, otaczająca mnie rzeczywistość staje się bezwartościowa, przez co jeszcze dotkliwiej odczuwam nadchodzącą stratę przyjaciółki. Tylko Georgia w pełni potrafiła zrozumieć moją bezradność. Wybaczała, nawet gdy zachowywałam się jak rozpieszczone dziecko. O nic nie pytała. Nie musiała. Widziała to w moich oczach.
Mam ochotę się poddać, załamać, zacząć płakać. Czuję, jak opuszczają mnie wszelkie siły. Corliss natomiast robi coś, czego nigdy bym się nie spodziewała. Kiedy odzyskuje zdolność trzeźwego myślenia, spogląda na swoją siostrę z troską, bez odrobiny strachu.
- Pamiętasz, jak kilkanaście lat temu pojechaliśmy razem z mamą do Donavan? – zaczyna wolno i spokojnie. Wiem już, co chce zrobić. Ożywi wszystkie radosne wspomnienia z przeszłości, dzięki czemu dziewczyna umrze z uśmiechem na ustach. Mimo że udawanie szczęśliwego sprawia mu niewiarygodną trudność, robi to. Dla niej. - Było tam duże wzgórze. Wspinaliśmy się na nie przez całe dwie godziny, a później dyszeliśmy ze zmęczenia. Jednak nie żałowaliśmy naszej decyzji ani przez moment. Usiedliśmy na podłodze i spoglądaliśmy na cały świat. Dosłownie. Ludzie z tej perspektywy przypominali mrówki. Z czasem zaczęliśmy udawać, że przenosimy ich w inne miejsce za pomocą naszych palców. Chichotałaś przy tym i mówiłaś, że jesteśmy bliżej nieba. Bliżej miejsca, gdzie nie istnieje cierpienie, ból czy krzywda – jego głos staje się coraz cichszy. Corliss mówi tak, jakby przygotowywał ją do snu. Hipnotyzuje dziewczynę swoimi słowami. Widzę, jak dzięki niemu Georgia jest spokojniejsza. Nadal próbuje coś powiedzieć, lecz nikt jej nie słyszy. Z czasem kładzie się na ziemi i zamyka oczy.
To już koniec, myślę.
Gdy ciałem dziewczyny wstrząsają niekontrolowane drgawki, ogarnia mnie strach. Podbiegam do mężczyzny i obejmuję go z całych sił. On również zaczyna płakać. Wspieramy się własną bezsilnością.
Chowam głowę w jego ramieniu i zaciskam powieki, by niczego nie widzieć. Nie chcę, by jakikolwiek obraz tej sceny zachował się w moim umyśle. Zatykam uszy, by niczego nie słyszeć. Krzyczę, by niczego nie czuć. Po prostu na krótki moment pragnę przestać istnieć. Zupełnie tak, jak Georgia. 

***
Ten rozdział jest, krótko mówiąc, dość straszny. Pisałam go z niekontrolowanym uczuciem smutku z racji tego, że Georgia była moją ulubioną bohaterką. Poniekąd cieszę się, że już skończyłam.